wtorek, 6 kwietnia 2010

poemat współczucia

Mahatma Gandhi pisząc niemal o wszystkich kwestiach hinduizmu i bycia hindusem napisał też kilka zdań o indyjskich krowach. Tekst nosi tytuł "Poemat Współczucia". Gandhi wysławia w nim stosunek swoich rodaków do świętych krów. Europejczyk w Indiach nie może pojąć wielu rzeczy. Jedną z nich jest właśnie stosunek ludzi do zwierząt. Stosunek dwubiegunowy. 
Tam gdzie określa go religia i tradycja jest pełen szacunku i zrozumienia, tam gdzie bieda i zacofanie jest nieludzki i okrutny. Ponieważ Indie w równym stopniu wypełnia religijność i tradycja co bieda i zacofanie na każdym kroku spotyka się przejawy obu postaw, wymieszane, a jedna i druga swoimi przejawami wprawia nas w osłupienie. 
Oto krowy, kozy i psy, które są w miastach wszędzie, chodzą, śpią, jedzą i załatwiają swoje sprawy przez nikogo nie niepokojone. Pisząc wszędzie mam na myśli wszędzie. 
Krowa z pomalowanymi rogami wewnątrz sklepu spożywczego, śpiąca ze swoim cielakiem na samym środku ruchliwego skrzyżowania, spacerująca po dworcowej poczekalni. Bezdomny pies wylegujący się na fotelu w barze albo rozłożony na boku w poprzek ulicy. Koza w niebieskim T-shircie spacerująca po nabrzeżu i zaczepiająca turystów. 
Znakomita większość hindusów to wegetarianie nie jedzący zwierząt z powodów religijnych i ustępujący im zawsze drogi widziałem jednak bazarową atrakcję - ubraną, „tańczącą” małpę na łańcuchu, którą potem w bocznej uliczce kuglarz brutalnie rozbierał i wpychał do worka. Na wsi widywałem bawoły z nosem przebitym w poprzek kawałkiem kości. Kość była przywiązana do rogów tak że bawoły nie mgły pochylić głowy. Zimorodki i sowy stanowiące turystyczną atrakcję polegającą na możliwości uwolnienia ich z ciasnych, drucianych klatek, cielęta brodzące w śmieciach i jedzące foliowe torby – przyczynę ich masowej i okrutnej śmierci z powodu zatoru jelit, kalekie, przeżarte świerzbem, wychudzone psy pozostawione bez żadnej pomocy. 
U nas nie do pomyślenia? Fakt! Kto dopuścił by do tego aby krowa łaziła sobie po mieście. W Warszawie próbował kiedyś łoś - został zastrzelony na oczach gapiów.

sobota, 3 kwietnia 2010

małżeństwo po indyjsku czyli jak znaleźć żonę?

Kasta – z portugalskiego ‘casta’ oznaczająca gatunek, rasę, ród. Z łaciny „casus’ czyli czysty. Określenie to zostało po raz pierwszy użyte przez portugalskich podróżników na oznaczenie hierarchistycznego układu społecznego na subkontynencie indyjskim.

I także dziś kasty istnieją.
Dla mnie najlepszym dowodem na to jest fakt, że jedynie 5% małżeństw zawieranych jest w dzisiejszych Indiach pomiędzy kastami.
To swoiste mezalianse, do których musi dochodzić jeśli młodzi ludzie z różnych kast uczą się w jednej klasie, są na jednym roku, a potem pracują jako lekarze w tym samym szpitalu.

To, że 5% społeczeństwa decyduje się zerwać z tradycją, poszukiwać męża/ żony na własną rękę odbierając ten przywilej rodzicom oznacza, że 95% młodych ludzi żyje i buduje rodzinę tak samo jak przed wiekami. Żonę znajdują rodzice lub swaci. Najważniejsze, żeby żona pochodziła z tej samej kasty. Dziś rodzice nie wysyłają posłańca po drugi koniec kraju ze wizerunkiem córki i zaproszeniem do starania się o jej rękę.
Dziś rodzice dają ogłoszenie w gazecie.
Informacja o tym, że Shija czy Amala szuka męża, pojawia się w ogłoszeniach prasowych. Rodzicie zamieszczają jej zdjęcie, opisują zalety i wykształcenie.

Ślub w Indiach to wydarzenie.
Stroje ślubne potrafią kosztować fortunę, posag jest w stanie zrujnować rodzinę, a uroczystości angażują cała wioskę. Po ślubie żona przenosi się do domu męża i nie ma lekko. Teściowa już zadba o to aby wiedziała, kto tu jest szefową.

alu gobi masala

Ubóstwiam Alu Gobi!
Niby zwykłe ziemniaki z kalafiorem, a wychodzi całkiem niezwykłe danie.

Przygotuj następujące produkty:
0,5 kg ziemniaków
1 kalafior
Puszka krojonych pomidorów lub 4 łyżki koncentratu pomidorowego.
3 cm lub łyżeczka imbiru (świetnie, jeśli może być świeży)
1 łyżeczka kminku
1 łyżeczka kozieradki
1 łyżeczka chilli
1 łyżeczka curry
½ łyżeczki mielonego, czarnego pieprzu
Sól do smaku
Oliwa do smażenia

Wykonanie:
Ziemniaki obierz i pokrój na ósemki.
Kalafior umyj i podziel na różyczki.
Imbir obierz i drobno posiekaj.

Użyj głębokiej patelni lub garnka; rozgrzej oliwę, wrzuć ziemniaki i smaż przyrumieniając do momentu, aż zaczną lekko mięknąć. Wtedy dodaj kalafior, imbir i smaż do miękkości. Możesz dodać odrobinę wody i utrzymywać ziemniaki z kalafiorem na granicy smażenia i duszenia. Gdy warzywa będą miękkie dodaj pomidory.
Nie dodawaj pomidorów zbyt wcześniej bo w kwaśnym pomidorowym środowisku, ziemniaki będą miękły bardzo opornie.Razem z pomidorami dodaj przyprawy i sól do smaku.
Podawaj gorące.

Jeśli Alu Gobi nie jest nadmiernie ostra można ją jeść bez dodatków.
Bardzo ostrą polecam podawać z białym ryżem.

piątek, 2 kwietnia 2010

Happy Holi Vol.1 - obchody



















Ulice wypełnione kolorami, radośni ludzie obsypujący się barwnymi proszkami lub polewający wodą
- tak obchodzi się
Holi!

Mieliśmy okazję spędzić to święto w miasteczku Udaipur w Radżasthanie. Zostaliśmy w tym miejscu trochę dłużej niż gdzie indziej zaprzyjaźnieni z właścicielem hotelu, który opowiadał nam o Holi i polecał jego obchody w swojej restauracji:
“Impreza będzie trwała od rana, będziemy kolorować twarze i tańczyć – będzie naprawdę super! Musicie jednak uważać jak wyjdziecie później na ulicę – po południu może zrobić się trochę niebezpiecznie...”

Zachęceni w ten sposób postanowiliśmy zjeść śniadanie, a potem zaopatrzeni w woreczki z kolorowym proszkiem, pistolety z wodą i ubrania przeznaczone do zniszczenia – wyjść na ulicę by uczestniczyć w święcie razem ze wszystkimi. Jak się jednak okazało – w hotelowej restauracji obchody już trwały i na dzień dobry zostaliśmy pokolorowani najpierw na różowo, potem na fioletowo, na zielono i niebiesko, a na końcu poczęstowani piwem.


Tańce, hulanki, swawole trwały nieprzerwanie do późnego popołudnia.
Natomiast niebezpieczeństwo przed którym ostrzegał nas właściciel hotelu było naturalną koleją rzeczy – pomieszanie anonimowości związanej z pomalowanymi twarzami (trochę jak karnawałowe maski) i alkoholu sprawia, że ludzie pozbywają się wszelkich oporów w szaleńczej zabawie.
Przekonać się o tym mogą szczególnie samotnie podróżujące kobiety, którym odradzam w takich momentach przebywanie w tłumie rozbawionych Hindusów.

Przyzwyczajeni do imprez charakterystycznych dla naszej kultury (takich jak Sylwester czy spotkania klubowe, które odbywają się zwykle wieczorem) – byliśmy zaskoczeni gdy po południu ulice opustoszały.

Każdy udał się do domu na krótką drzemkę, wziąć prysznic i zmienić ubranie - by zmyć z siebie ślady zabawy i stać się znowu zwykłym, porządnym obywatelam.
W końcu jutro treba wstać do pracy...

Happy Holi! Vol.2 - zwyczaje














Interesowało nas skąd pochodzi zwyczaj posypywania się nawzajem kolorowym pyłem. Pytaliśmy więc znajomych: “O co chodzi?”, “Co upamiętnia to święto?”, “Dlaczego kolorowe proszki?”

Jedyna rozsądna odpowiedź jakiej byli nam w stanie udzielić to, że posypują się proszkami, żeby wyrazić swoją radość. Jest to zupełnie wystarczające wytłumaczenie – nie ważne z jakiego powodu, ważne, że na ulicach panuje wielka "fiesta", wszyscy w niej uczestniczą i wszyscy świetnie się bawią!

Wszyscy?... no prawie – policjanci w święto muszą być na służbie, żeby zapanować nad dzikim tłumem, ale już następnego dnia odbijają sobie obchodząc Holi na komendzie.
(patrz zdjęcie powyżej)

Trochę o mitologii:

Genez Holi jest tyle ile stanów w Indiach i odłamów religii.. Obchodzi się je na przełomie lutego i marca w czasie pełni księżyca i jest uważane za święto wiosny - pierwotnie było świętem odradzającej się przyrody. Poprzedniego dnia na ulicach palone są stosy – dla upamiętnienia mitologicznej historii króla Hiranyakashyapa i jego syna. Ów król chciał, aby wszyscy czcili tylko jego podczas gdy jego syn - Prahlad był gorliwym wyznawcą Wisznu. Władcy nie podobał się taki stan rzeczy związku z czym wielokrotnie próbował zabić swojego pierworodnego. Hiranyakashyap uciekł się ostatecznie do namówienia kobiety ze swojej rodziny, aby weszła do płonącego stosu trzymając Prahlada i zginęła wraz z nim. W różnych wersjach kobietą tą jest żona króla lub jego córka – Holika (“Holi” znaczy palący się) . Syn jednak modlił się tak gorliwie, że przeżył pobyt w płomieniach podczas gdy niewiasta spłonęła. Na pamiątkę owego stosu właśnie ludzie palą ogniska, a następnego dnia – kiedy okazuje się, że Prahlad przeżył – wychodzą na ulicę by razem cieszyć się z cudu.


Kolorowe proszki były pierwotnie wytwarzane z wiosennych kwiatów i ten zwyczaj jest najprawdopodobniej pozostałością dawnego sposobu czczenia natury.Ludzie nie tyle się nimi “posypują” co “dzielą” - składając życzenia trzeba komuś natrzeć proszkiem twarz, włosy lub dłonie.

Czy koncepcja odradzania się na wiosnę czegoś nam nie przypomina...?

Wesołych Świąt zatem – wyznawcom wszystkich religii – cieszmy się, że wiosna w końcu nadeszła !
;-)

poniedziałek, 22 marca 2010

palak paneer masala

Paneer to ser.
Zwykły wiejski indyjski ser doskonale zastępuje włoski serek typu CAPREZE
Palak to po prostu szpinak.

Naszykuj:Szpinak liściasty i rozdrobniony (mrożony) – pół na pół
(Nie wystarczą liście szpinaku - szpinak rozdrobniony jest ważny, bo tworząc papkę stanowi bazę pod jednolity, gęsty sos masali).Cebulę
2 ząbki czosnku
Paneer (2 opakowania serka capreze)
Masło do smażenia
Jogurt (1 opakowanie)
Śmietana (1/2 opakowania)
Przyprawy: garam masala, imbir, kolendra
Zamiast garam masali można użyć: chilli, kminek, kolendrę, imbir, kozieradkę

Przygotowanie:
Zacznij od masy cebulowo czosnkowej.
To podstawowy składnik każdej masali.
Cebulę i czosnek drobno posiekaj, podsmaż na złoty kolor, a następnie zmiksuj na jednolitą masę.

Teraz ser.
Pokrój ser w kostkę (lepsze będą spore kawałki) i przysmaż na maśle. Ser powinien zrumienić się i nabrać sprężystości. Odłóż ser na bok – dodasz go na końcu do gotowego szpinaku.

Rozdrobniony szpinak usmaż razem z liściastym.
Dodaj masę cebulowo czosnkową, a następnie przyprawy. Podlej jogurtem i śmietaną i mieszając smaż przez chwilę.
Na koniec dodaj usmażony ser wymieszaj delikatnie żeby nie rozkruszyć sera.
Potrawa gotowa!

Tak, tak to ten szpinak, którego próbowałeś/łaś u nas w zeszlą sobotę.
My próbowaliśmy go miejscu, w którym przyrządzają go najlepiej na świecie.
Gdy wrócimy tam po roku jedzenia naszego szpinaku, obiecujemy dać Wam znać, czy nasz jest tak samo dobry jak ten oryginalny.

bhiksuka (भिक्षुक) - żebrak o białych zębach

Żebranina to w Indiach dużo powszechniejszy niż w Polsce sposób zdobywania pieniędzy. Znawcy tematu wskazują, że Indyjskie żebractwo to żebractwo zawodowe i przestrzegają w związku z tym przed dawaniem datków. Nie rozumem dlaczego (?). Nie godzę się z koncepcją, według której jedynie zajęcia pożyteczne, polegające na wytwarzaniu dóbr czy usług zasługują na nagrodę. Nie podzielam przekonania, że codzienny znój młodszego specjalisty ds. promocji batonów jest bardziej wartościowy, uczciwy i godny zapłaty niż klęczenie w upale i kurzu z pogiętą blaszanką w dłoni.
Spotykałem, jak każdy wędrujący po Indiach wielu żebrzących. Grupy kobiet, które obudzone nocą krokami spóźnionego przechodnia wysuwały dłonie spod burych koców i cichutkim, monotonnym głosem prosiły maa, maa (daj, daj); rozbiegane, wesołe grupki brudnych jak ulica dzieci zaczepiających starsze turystki; okaleczonych trądem i innymi chorobami inwalidów pełzających chodnikiem z głową na wysokości moich kolan; kolorowo malowanych ascetów i pielgrzymów okupujących schody świątyń.
Ale w pamięci szczególnie zapadł mi żebrak z Udaipur, siadający ze swoimi dwoma córeczkami w połowie mostu prowadzącego do naszego hotelu. 
Inni żebracy, których widywałem mieli zmęczone, bolesne lub zobojętniałe twarze - ten patrzył na ludzi wesoło, skrzącymi się oczami i uśmiechał, jasno i promiennie pokazując w uśmiechu ładne białe zęby. Taki kontrast pomiędzy stanem posiadania a stanem ducha robił wrażenie.
Niedawno rozpoznałem go na zdjęciach robionych w wigilię święta Holi, Na jednym z nich, wraz z ubranymi odświętnie córkami wpatrują się z nadzieją w ogień tradycyjnego, ulicznego ogniska.
Życzę mu z całego serca jak najlepiej, aby bogowie chronili go przed pogardą innych, życzę by uzbierał dla siebie, dziewczynek i niewidomego żebraka z przeciwnej strony mostu, z którym dzielił się jedzeniem i zdobytymi ubraniami prawdziwą fortunę  i aby tylko, już jako bogacz nie zapominał o swoim pięknym, pogodnym uśmiechu.

niedziela, 21 marca 2010

kobiety rządzą


Pozycja kobiet w hinduizmie jest typowa dla społeczeństwa patriarchalnego.
Kobieta powinna być podporządkowana mężczyźnie; najpierw ojcu, potem mężowi.
Gdy będąc na policji w Bharatpur spisywaliśmy swoje dane, Piotrek podał imię ojca, ale ja już musiałam podać imię męża.

Jednym ze wstydliwych aspektów hinduizmu, o którym wspominał Ghandi czy inni hinduscy reformatorzy, było tradycyjne palenie wdów. Już oczywiście od dawna zabronione.
Kobieta upokarzana po śmierci męża nawet przez najbliższą rodzinę, czasem sama decydowała się dołączyć do zmarłego na stosie. SATI -tak nazywa się zwyczaj popełniania przez wdowę samobójstwa, to także sposób na uwolnienie zmarłego męża od grzechów. Kobieta żyła dla męża i umierała dla niego. Sama - w społeczeństwie hinduskim niewiele znaczyła.
Tradycyjne BINDI noszone na czole przez hinduski, dziś jest często zwykłą ozdobą jednak w wielu regionach Indii oznacza także, że nad kobietą noszącą je, ma pieczę mężczyzna – ojciec lub mąż.

Rola kobiety w rodzinie jest jednak znacząca.
To one często trzymają kasę, planują wydatki. Muszą zmagać się z życiem za swoich nieudolnych i leniwych mężów. Wrzeszczą na nich. Potrafią zdzielić ścierką czy uderzyć w twarz.
Widziałam matkę prowadzącą sklep, której syn wydając mi reszty rozsypał pieniądze i najpierw dostał w twarz, potem jeszcze klapkiem zdjętym z nogi był parę razy zdzielony w kark.
On tylko osłaniał się przed razami, a matka krzyczała, zawodziła i głośno skarżyła się jakiego to ma syna-osła, który wysypał pieniądze i teraz całą rodzinę czeka nieszczęście.

Byłam też świadkiem jak gospodyni naszego guesthouse’u podeszła do klienta z Niemiec jedzącego kolację przy sąsiednim stoliku i najpierw bardzo go przeprosiła, że nie ma piwa, które specjalnie dziś dla niego kupiła, tak jak prosił, ale….
…i tu nastąpiło kilkunastominutowe zawodzenie, jakiego to ma głupiego męża nieudacznika, lenia i pijaka, który z kolegą wypił piwo klienta.
I nawet jak już wróciła do kuchni to co chwila słychać było wrzask, że – „A to bałwan!”, - „A to pijaczyna” – „A to - ja już mu dam piwo!”
I to wcale (jak mogłoby się wydawać) nie był jakiś obibok, żyjący na garnuszku żony.
Normalny facet w średnim wieku, pracujący. Tyle że w domu miał słaby PR:)

sobota, 13 marca 2010

widokówka z Taj Mahal

Taj Mahal i twierdza Agra są dziś wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.
W XVI-XVIIw. czerwony fort w Agrze był siedzibą cesarskiego dworu Mogołów. Zbudowany przez cesarza Akbara, rozkwitł za czasów Sahdźahana.
Ogromne, zdobione pomieszczenia, dziedzińce i galerie, ogrody z basenem wypełnianym do kąpieli cesarzowej płatkami róż.
Harem, łaźnie, pawilony do oglądania walk słoni – to za czasów dynastii Mogołów zwykłe pomieszczenia mieszkalne.
Przestronne i wygodne… tylko ten krajobraz za oknami taki nizinny, monotonny.
Przydałby się jakiś ciekawy detal, tak żeby oko zawiesić.


Taj Mahal – imponująca, bogato zdobiona budowla wzniesiona pół wieku później, po śmierci ukochanej żony Sahdźahana wygląda rzeczywiście przepięknie z okien twierdzy Agra.

veg biriani

To bardzo prosta potrawa z ryżu.
Robi się ją szybko i nie trzeba do niej żadnych wyszukanych składników.
Poniżej opisuję wersję bardzo podstawową. Można ją dowolnie rozbudowywać dodając inne warzywa np. cukinię, seler naciowy, pomidory czy grzyby.
Biriani nie musi być wegetariańskie. Można dodać gotowaną pier kurczaka (chicken biriani) czy jajka ugotowane na twardo (egg biriani).



Przygotuj:
Ugotowany ryż
1 Cebulę
2 Ząbki czosnku
Ostrą papryczkę drobno pokrojoną
Przyprawy: cynamon, imbir, kardamon, pieprz, sól, kolendrę.

Cebulę, czosnek i marchewkę pokrój w talarki (ew. marchewka może być pokrojona w słupki)
Cebulę i czosnek podsmaż na złoty kolor, dodaj marchew i smaż przez chwilę, a następnie podlej odrobiną wody, przykryj i duś do miękkości marchwi.
Następnie dodaj przyprawy, papryczkę i smaż całość przez minutę.
Na koniec dodaj ryż i nadal smażąc dokładnie wymieszaj.

Podawaj gorące.
Do biriani pasuje sałatka z pomidorów z cebulą i cytryną albo raita ogórkowa.

wielkie odkrycie - Bharatpur

Bharatpur to niewielkie miasteczko (wszystkiego raptem 200 tys mieszkańców) położone na skraju Radżasthanu.
Zatrzymaliśmy się tam, bo po hałaśliwym pielgrzymkowym Waranasi, chcieliśmy uniknąć tłumnej Agry z Taj Mahal i czerwonym fortem.
Poza tym w Bharatpur jest ptasi park narodowy, więc uznaliśmy, że to dobra baza wypadowa w oba miejsca.

Aż trudno uwierzyć, że kilkadziesiąt kilometrów od Agry, do której ściągają turyści z całego świata, jest sobie miasteczko, w którym turysta, cudzoziemiec, biały - jest sensacją.
Taką sensację wywoływaliśmy, gdy szukając kafejki internetowej szliśmy przez miasto czy gdy zatrzymalimy się żeby porozmawiać na ulicy z hindusem.
Każdy, kto przechodził chciał zobaczyć co robimy i o czym mówimy.
Zanim się więc obejrzeliśmy, dookoła nas ustawił się tak spory tłumek, że zaczął tamować ruch na jezdni.

Trudno też uwierzyć, że kilkadziesiąt kilometrów od światowej sławy Taj Mahal stoi sobie pałac. Bogaty... i pusty.
Pałac miejski w Bharatpur, który aż dech zapiera, a ustawione na dziedzińcu rzeźby z 2-3 wieku zwalają z nóg.
A najtrudniej uwierzyć, że w tak pięknym miejscu jedynymi turystami jestesmy - MY!

Gdzie są wszyscy ?
Ci wszyscy stęsknieni historii, sztuki i pięknej architektury.
A tak, tloczą się w kolejce do kasy niedaleko stąd - w Taj Mahal.

edukacja

Miliard ludzi!
Prawie 40% to analfabeci.
Jak taką rzeszę wyedukować, objąć obowiązkiem szkolnym, szczególnie, że znacząca część żyje na skraju ubóstwa; bez środków do życia, bez adresu (nie mówiąc już o książkach dla dzieci)?
Jak przekonać biedaków, że edukacja ich dzieci jest ważniejsza niż dzisiejsze żebranie na ulicy, żeby zdobyć pieniądze na obiad?

Indie starają się dotrzeć z edukacją do jak największej liczby ludzi.
Wszędzie -ogromna liczba szkół.
Wieczorowe kursy, którymi władze starają się objąć dzieci z ubogich rodzin (gdy zarobią już na obiad dla rodziny).
Szkoły językowe, kursy zawodowe – to zwykły krajobraz Indii.
Wejdź w małą uliczkę w niedużym mieście – a gwarantuję, że na co drugim domu znajdziesz szyld „english school”.

Reklamy w telewizji i prasie to w dużej części reklamy szkół, uczelni czy programów inwestycyjnych zapewniających środki na edukację dzieci.
„- Chcesz poprawić swoje życie?
- Chcesz zapewnić dostatek dziecku?
- Przyjdź do naszej szkoły!
- Zainwestuj w wyksztalcenie dzieci!"

I co rano, ze wszystkich stron dzieci schodzą się do szkoły.
Chłopcy w starannie wyprasowanych mundurkach. Dziewczynki w sari, w kolorach szkoły. School Bus’y czy grupki dzieci dowożone rikszami do szkół.

Rodzice, opowiadając o szkole syna, mówią o niej z szacunkiem, jak o ważnej instytucji.
Bo wiedzą, że szkoła jest ważna.

Dziś Indie stają się potęgą rekrutacyjną dla firm z całego świata.
Jeszcze bardzo tania siła robocza, a już miliony dobrze wyksztalconych ludzi.

Branże, w których widać coraz większy udział pracowników z Indii, to IT czy Obsługa Klienta.
Indyjskie Call Center wysyła ludzi na kursy akcentu, po czym zapewnia pracowników do obsługi klientów z Anglii czy Stanach Zjednoczonych.
Klientów, nie mających pojęcia, że pracownik z którym właśnie rozmawiają nie siedzi przy telefonie w sąsiednim mieście, tylko na drugim końcu świata - w Bangalore!

niedziela, 7 marca 2010

mix veg pakora

Różne odmiany dania pakora (mix veg pakora, onion pakora, palak pakora) to drobne warzywa w cieście, usmażone w głębokim tłuszczu.
Traktowane są jako przystawka i są odpowiednikiem japońskiej tempury czy śródziemnomorskich kalmarów w cieście.

Składniki:
Cebula i czosnek
1 łyżeczka musztardy
Szczypta chilli
Jogurt naturalny – 1 opakowanie
Mąka (3-4 łyżki)
Dowolne warzywa np. bakłażan, kabaczek, cebula, listki szpinaku

Przygotowanie ciasta:
Cebulę i czosnek drobno pokroić, dodać musztardę, chilli, sól i jogurt.
Całość zmiksować dodając stopniowo mąkę.
Ciasto powinno mieć konsystencję ciasta naleśnikowego.


Warzywa pokroić na cienkie plastry, zanurzyć w cieście i smażyć na patelni w głębokim tłuszczu.
Gdy placuszki będą rumiane, zdjąć z patelni i od razu podawać.

herbata i papierosy, a więc jesteśmy na policji

- Niech to szlag, to był nowy aparat! – wściekam się
- Zrobili nas jak dzieci – złości się Piotrek.
W pociągu ukradli nam aparat. Na szczęście poprzedniego dnia wieczorem zgraliśmy wszystkie nasze zdjęcia na Krzyśka dysk.
- Przynajmniej nie straciliście zdjęć z Andamanów… to tylko aparat – pociesza nas Klaudia.

Gdy dojechalismy rano do miasta, od razu na dworcu poszlismy na posterunek zgłosić kradzież.

Przed komisariatem, na dworze stoi stolik.
Przy stoliku siedzi policjant w cywilnych ciuchach i czyta gazetę. Za policjantem wisi tabliczka z napisem: „May I help you?”
Podchodzimy i Piotrek wyłuszcza co się stało.
Policjant patrzy na nas i nic. My też milczymy.

Do stolika podchodzi inny policjant więc powtarzamy co się wydarzylo.
Obaj policjanci patrzą to na siebie, to na nas i nic.
My też milczymy.

Gdy po raz czwarty tłumaczymy co się stało, któryś z policjantów wreszcie wpada na pomysł - „A jak się nazywacie?!”
- "Właśnie, niech spiszą jak się nazywają" – podali Piotrkowi kartkę i kazali spisać dane, z dokładny adres, imiona ojców (to u mężczyzn) i imiona mężów ( to u mnie i Klaudii).
Ktoś prosił jeszcze o kastę, ale ktoś inny wyjaśnił mu, że to przecież biali, więc oni w ogóle nie mają kast.

W czasie, gdy towarzyszylo nam już 6 policjantów, któryś zerwał się, pobiegł w kierunku dworca i wrócił po chwili z herbatą dla nas.

W czasie, gdy było już 8 policjantów – ktoś zaproponował nam przejście do świetlicy bo tam leci fajny film i może chcielibyśmy zobaczyć.
W kulminacyjnym punkcie, otaczało nas 11 policjantów.
W międzyczasie któryś z policjantów wziął od nas paszporty, wsiadł na motocykl przystrojony trochę jak wielbłąd (w dywan z długim włosem od kierownicy po koniec siedzenia) i pojechał do miasta zrobić ksero.
Inny po chwili skoczył na dworzec i przyniósł dla nas paczkę papierosów. Zmartwił się, że nie palimy bo chcial nas ugościć, a my tu nie palimy.

Najlepsze było na końcu, gdy Piotrek spisał już swoje zeznania i trzeba je było przenieść do formularza z protokołem.
Z jakiegoś powodu potrzebne było 6 egzemplarzy.
Na posterunku nie było maszyny do pisania, nie mówiąc już o komputerze. Wszystkie 6 egzemplarzy zostały więc spisane ręcznie.
Kto tego nie widział na własne oczy, pewnie mi nie uwierzy:

Przy stole usiadło trzech policjantów, każdy z dwiema kartkami i kalką. Kalkę włożyli pomiędzy kartki i całość równiutko spięli szpilkami. Czwarty czytał na głos zeznanie po angielsku, trzech pisało.
Czytający znał angielski, piszący – nie.
Czytający literował każde słowo, piszący zapisywali. Czasem prosili o powtórzenie, czasem prosili żeby czytać wolniej.
W ten oto sposób już po godzinie mieliśmy 6 egzemplarzy zeznań.
Wszystko zostało podpisane, Piotrek dostał jedną kopię i wreszcie zaledwie po 4 godzinach spedzonych przy stoliku przed posterunkiem moglimy odejsć.

Jeszcze tylko Krzysiek zapytał czy może zrobić zdjęcia.
Policjanci rozpromienili się, zaczęli pozować, podawali sobie i nam ręce, przybijali piątki.
W sumie odwalili kawał dobrej roboty – przyjęli zeznanie od białych.
A nie było łatwo.
Niejeden, gdy wróci wieczorem do domu, opadnie ciężko na fotel i westchnie - "Ale ciężki dzień dzisiaj miałem w robocie”

manikarnika ghat


Jest piąta rano. Jeszcze ciemno.
Z hotelu zabierają nas 2 riksze i jedziemy nad Ganges.
Bogini Ganga – uosobienie świętej rzeki Gangesu przyciąga o świcie tłumy pielgrzymów, którzy modlą się i dokonują rytualnych kąpieli.

Waranasi, w którym właśnie jesteśmy (inaczej Kaśi lub Benares) to jeden z większych i starszych ośrodków pielgrzymkowych.
Ma 3 tys. lat i ponad 2 tyś świątyń. 90 z nich położonych jest jedna koło drugiej, na niemal 6 kilometrach wzdłuż rzeki.
Wg mitu, Śiwa dopuścił się grzechu; w gniewie odciął piątą głowę boga Brahmy. Ucięta głowa przylgnęła do jego ręki i mimo upływu lat Śiwa nie mógł się od niej uwolnić. Dopiero Wisznu poradził aby ten udał się na brzeg świętej Gangi, której wody oczyszczają z grzechów.
W miejscu gdzie Śiwa dokonał rytualnej kąpieli, powstało święte miasto Waranami.

Na brzegu Gangesu przesiadamy się na łódź.
Od strony rzeki, w czasie gdy wstaje dzień, oglądamy miasto.
Świątynia koło świątyni.
Z każdej, od kaplicy do samej wody prowadzą schody. To Gathy. Miejsca święte. Miejsca zejścia do wody i rytualnych modlitw.
Gdy wschodzi słońce, wyraźnie widzimy, że Gathy różnią się między sobą. Tradycyjnie, każde nabrzeże ma swój charakterystyczny kolor. I rzeczywiście Gath Dżanki wyróżnia się czerwienią stopni, Ghat Darbahanga złoci się w słońcu, a Ghat Manikarnika… ginie w dymie.

Manikarnika to jeden z 2-ch Gathów pogrzebowych.
To tu odbywają się hinduistyczne kremacje zwłok. Na schodach można zobaczyć palące się stosy, ciała zmarłych w całunach czekające na swoją kolej czy grupy ludzi (rodzinę, znajomych), żegnających się ze zmarłymi.

Umrzeć w Waranasi !
To najbardziej pożądane miejsce śmierci.
Kremacja dla wyznawców hinduizmu jest konieczna, aby dusza mogła się uwolnić od ciała i ruszyć w dalszą drogę. Kremacja w świętym Waranasi skraca drogę i pozwala dotrzeć duszy prosto do nieba.

Umrzeć w świętym Waranasi jest tak bardzo pożądane, że zdarza się, że starzy ludzie przyjeżdżają tu przed śmiercią.
Być skremowanym w Waranasi – to kosztowna zachcianka. Jednak widziałam wiele rodzin, które przywoziły swoich zmarłych do tego świętego miejsca.

W okolicach Gathu Manikarnika spotkaliśmy kiedyś hindusa – wolontariusza, który opowiadał nam o przytułku dla umierających, w którym pracuje.
To dom dla biedaków. Samotni starcy także docierają tu by umrzeć, a wolontariusze karmią ich, robią masaże i pozwalają umrzeć, a po śmierci uczestniczą w pogrzebie.
- Praca przy umierających to moja ofiara bogom – tłumaczył nasz rozmówca, wolontariusz. – Dobre uczynki, pomoc starcom wrócą do mnie w postaci dobrej karmy.

My też składamy ofiarę.
Kupujemy kaganki z kwiatami i ogniem i puszczamy je na wody Gangesu.
Ofiara dla więtej Gangi.

sobota, 6 marca 2010

annapurna restaurant czyli z wizytą u szefa.

Miejsce – Waranasi
Czas – luty, zaraz po przyjeździe do miasta i zameldowaniu się w hotelu - zrobila się godz 13:00.
Stan żołądków – puste. Niektórzy z nas jedli rano w pociągu śniadanie, inni nie.

Jesteśmy więc w nowym mieście, głodni jak wilki.
W hotelu wskazali nam pobliską restaurację, idziemy wg instrukcji i widzimy, że na schodach budynku przed nami stoi człowiek w liberii i macha do nas.
To chyba tu mamy cos zjeść.
Siadamy, karta, zamówienie, jemy, płacimy…
Podchodzi do nas kelner i pyta czy mamy chwilę czasu.
???
I czy możemy poświęcić chwilę jego szefowi?

Zgadzamy się i jesteśmy prowadzeni do biura.
Wcześniej jednak wchodzimy do kuchni.
Kelner przedstawia nam kucharza, pokazuje piec tandoori do wypieku placków, kucharz pozuje nam do zdjęcia…. i idziemy dalej.

Przechodzimy przez tajemnicze korytarze, patio i wchodzimy do budynku biurowego.
Jeszcze tylko zdejmujemy buty przed wejściem do biura i wchodzimy.

Za biurkiem siedzi 60-letni mężczyzna. Szef!
Chwila zamieszania bo jest tylko 5 krzeseł a nas jest 6-cioro. Rajmund chce stać, ale nie, nie można – wszyscy mają siedzieć więc zostaje doniesione krzesło.
Rozmowa wstępna jest bardzo typowa dla Indii. Skąd jestemy, jak sie nazywamy, Czym się zajmujemy, jaki jest nasz zawód. Gdzie bylimy w Indiach i dokąd jedziely póżniej.
Po tym wstępie właściciel restauracji chce wiedzieć co jedliśmy – każdy opowiada co zamówił i jak mu smakowało.
A co można by poprawić? – Piotrek wytyka długie czekanie i podawanie dań jedno po drugim , zaczynając od sałatki i kończąc na ryżu, zamiast razem (to szczególnie dotkliwe gdy zamawiasz curry i ryż i sałatkę)
Właściciel chce wiedzieć czy próbowaliśmy deserów – no nie próbowaliśmy więc zostajemy poczęstowani słodkimi ciasteczkami ze srebrem. Szef ma sieć cukierni produkujących takie ciasteczka. Wyraźnie jest z nich dumny.

Rozmawiamy o wegetarianizmie.
Szef opowiada nam o zasadzie ahinsy (nie krzywdzenia istot żywych). Ortodoksyjni Hindusi z wyższych kast są wegetarianami. Należy do nich nasz gospodarz. Uważa on, że spożywanie mięsa powoduje skalanie. Dlatego żadne produkty mięsne nie są przygotowywane w jego restauracji.
- Nawet komary mają prawo żyć – kończy swój wywód na temat nie krzywdzenia.

Wcześniej odganialiśmy latające komary, teraz siedzimy cierpliwie znosząc gryzienie.
Nie wypada nam zabijać komarów gdy jest mowa o nie krzywdzeniu.
Już prędzej sami będziemy skrzywdzeni niż skrzywdzimy innych.

kalkucka jazda


Kalkuta – to jest jazda!
Ogromna metropolia (15 mln. mieszkańców) z największymi chyba kontrastami jakie widziałam w Indiach.
Tłumy ludzi, zatłoczone ulice, hałas, smog.
Najpiękniejsze riksze w Indiach, wymalowane w kwiaty autobusy wypełnione ludźmi po dach (dosłownie).
Slumsy nie tylko na obrzeżach miasta, ale też wzdłuż ulic, w które zapuściliśmy się przypadkiem w poszukiwaniu restauracji.

Jednak ludzie tu żyją.
Pracują, przemieszczają się, chodzą do kina i na zakupy. Żyją jak na całym świecie, mają swoje radości i smutki. Martwią się, stresują w pracy, dbają o swoje dzieci…

Ludzie tu żyją.
Śpią w kartonowych pudłach podwieszonych na słupach latarni. Zbierają śmieci na ulicy. Zasypiają z głową wprost na chodniku koło przejeżdżających samochodów.

Że też ludzie tu żyją!

W tym tłoku i hałasie, gdzie każdy pojazd jest tym ważniejszy im pewniej zajeżdża drogę innym. I tym ważniejszy im głośniejszy.
Gdzie taksówka która jechaliśmy była ważniejsza niż riksze, ale nie miała siły przebicia w starciu z autobusem.
Gdzie każdy trąbi na każdego, gdzie siedząc w samochodzie zastanawiasz się kiedy dojdzie do stłuczki z ciężarówką czy masz szansę przeżyć to starcie i dziwisz się, że nie dochodzi nawet do kolizji.

Gdzie idąc ulicą zaczepiają Cię ludzie, którzy bardzo chcą ci coś sprzedać.
Gdzie podchodzą do Ciebie żeby zapytać skąd jesteś.
Gdzie proszą Cię żeby zrobić im zdjęcie czy żeby powiedzieć że sklep frienda za rogiem jest najlepszy i najtańszy i koniecznie musisz tam pójść i zobaczyć.

Uff, dotarliśmy wreszcie na dworzec.
Tu całe rodziny siedzą na ziemi, na rozłożonych kocach. Jedzą, śpią i czekają na swój pociąg.
Zostawiam wszystkich w kolejce do przechowalni bagaży i idę sprawdzić z którego peronu odjeżdżamy.
W informacji falujący tłum.
Pani w okienku każe mi wejść do środka. Tam przejmuje mnie człowiek, który zanim odpowiedział na pytanie wykonał 2 telefony, a następnie rozrysował na tablicy cały skład tłumacząc w którym kierunku pociąg wjedzie na peron i w którym sektorze będzie nasz sypialny wagon.
Bardzo szczegółowo odpowiedział na moje pytania, ale niestety nie były to odpowiedzi trafne. Z wyjątkiem (całe szczęście) numeru peronu.

masala tea


Herbatę w Indiach pije się z mlekiem i cukrem.
Jeśli ktoś ma ochotę na czarną i bez cukru, to musi to bardzo wyraźnie powiedzieć, najlepiej powtarzając jeszcze raz z akcentem na black i no sugar – inaczej i tak przyniosą z mlekiem i cukrem.
Masala tea - to herbata nie tylko z mlekiem i cukrem, ale także z przyprawami.

Składniki na 4 filiżanki masala tea:
Herbata czarna Assam (drobno kruszona) – 4 łyżeczki
Woda – 3 filiżanki
Mleko – 2 filiżanki
Cukier – do smaku (herbata powinna być wyraźnie słodka)
Gotowa mieszanka masala tea – 1 łyżeczka lub niewielka szczypta każdej z przypraw: suchy imbir, czarny pieprz, gałka muszkatołowa, kardamon, goździki, cynamon
Zagotować 3 filiżanki wody.
Do gotującej wody wsypać herbatę i parzyć przez 3-5 minut.
Odfiltrować fusy, dodać 2 filiżanki mleka, cukier i przyprawy. Wymieszać. Trzymać na ogniu do zagotowania mleka i od razu podawać.

Smacznego!

czaj, czaj....


Podróżowaliśmy nocą.
Okazało się, że gdy do przejechania są setki kilometrów, a podróż ma trwać 10-14 godzin, to najlepiej podróżować nocnym pociągiem.
W Indiach rozpowszechnione są pociągi z wagonami sleeper. Jeżdżą na każdej dłuższej, nocnej trasie.

Sleeper’y są wygodne bo wsiadasz do pociągu wieczorem, całą drogę śpisz, a rano wysiadasz w miejscu przeznaczenia. Podróż nie dłuży się, bo przesypiasz ją na leżąco. I nie mów, że nigdy nie zasnąłbyś w pociągu. Piotrek też tak twierdził, a zasypiał pierwszy i budził się ostatni.

Do tego kompletnie zbędny jest suchy prowiant na drogę.
Daruj sobie robienie kanapek czy zabieranie termosu z herbatą.
Na każdej stacji, przez całą noc możesz kupić każdy rodzaj jedzenia. Masz ochotę na samosy – są samosy. Masz ochotę na veg kotlet - jest i kotlet.
W większych składach są całe ekipy zaopatrujące podróżnych w ciepłe jedzenie. Gdy pociąg rusza, zaraz zjawi się ktoś, kto weźmie od ciebie zamówienie na ciepłą kolację. Rano możesz kupić na miejscu śniadanie.
Na każdej stacji można na chwilę wysiąść i kupić jedzenie, nie chcesz wysiadać – sprzedadzą Ci przez okno.

Moje wspomnienie nocnej jazdy pociągiem do melodyjne „czaj, czaj…” zbliżające się i oddalające przez niemal całą noc.
W tę i z powrotem chodzą sprzedawcy słodkiej, gorącej herbaty z mlekiem. W ręku niosą czajnik i małe plastikowe szklaneczki.
Powtarzane „czaj, czaj….” i rytmiczny stukot kół pociągu – to melodia, która usypiała mnie jak kołysanka podczas nocnych podróży. Jeszcze teraz ją słyszę.

biurokracja i tyle!


Nie da się ukryć, że w Indiach panuje biurokracja.
Bardzo rozbudowana biurokracja!

Pierwsze i ostatnie formularze jakie należy wypełnić to karty migracyjne. Ta sama przy przyjeździe i odjeździe. Do tego przy przyjeździe kazano nam dodatkowo wypełnić informację na temat kontaktu z grypą.
Niektóre karty są skrupulatnie zbierane (zastanawiam się co dalej z nimi robią), a niektóre nie (karty grypowej nikt od nas nie wziął, chociaż wcześniej urzędnik sprawdził czy na pewno ją wypełniliśmy).

Kolejna masa rubryczek do wypełnienia to karta telefoniczna.
Tu poza podaniem danych trzeba dołączyć kopię paszportu i zdjęcie. Ciekawe do jakiego urzędu są przesyłane te papiery i po co. Ciekawe też jak długo są archiwizowane (bo po miesiącu już nas nie będzie w kraju, a karta telefoniczna trafi do koszta). Zostanie jednak po nas ślad; plik wypełnionych formularzy z załącznikami

Meldowanie w hotelu to także nie przelewki. Z reguły mają w hotelach przepastne księgi meldunkowe, gdzie poza danymi osobowymi należy wpisać skąd się przyjechało. Skąd - nie oznacza, z jakiego kraju (to też, ale w osobnej rubryczce). Skąd - oznacza z jakiego miasta w Indiach przyjechałam do tego miasta, w którym się melduję. Oczywiście też kiedy i na jak długo oraz gdzie będę jechała dalej.

Chcesz kupić bilet na pociąg? Oczywiście, bardzo proszę, tu jest formularz do wypełnienia.
Należy wpisać nazwiska i numery paszportów wszystkich podróżujących. Potrzebny jest też dokładny adres w ojczystym kraju i telefon i adres mailowy (?) osoby wypełniającej formularz.

A jeśli chcesz odwiedzić niestandardowe miejsca (mam na myśli Andamany i Nikobary) to musisz być przygotowany do tego, że najpierw występujesz o permit, potem dostajesz permit, a potem pamiętaj, że ten dokument jest na wyspach ważniejszy od paszportu.
Bez permitu nie zameldujesz się w resorcie, nie wypożyczysz skutera, a nawet nie kupisz biletu powrotnego na stały ląd.

Tak, papierów w Indiach wypełnialiśmy sporo.
I nie jest ważne co jest wpisane w rubryki. Tekst może być dowolny. Ważne natomiast jest żeby każda rubryka była wypełniona.
Dlatego, gdy odebrałam bilety na prom z Havelocka do Port Blair wcale się nie zdziwiłam, że bilety zostały wystawione dla 4-rech osób, na nazwiska: Dorota / Klaudia K / Wojewoda Mazowiecki / Piotr Karol.

indyjska karta dań

Wiedziałam, że kuchnia indyjska jest bardzo aromatyczna i ostra, jednak myślałam także że jest niezwykle różnorodna. Moje wyobrażenie o tej kuchni oparte było na bogatym menu z restauracji Tandoor Palace czy Namaste India.
Nigdy nie byłam w stanie zapamiętać, który placek jest którym czy też co dostanę gdy zamówię którąś z masali.

Dziś wiem, że podobnie jak w kuchni chińskiej czy wietnamskiej mnogość dań to wariacje na temat ograniczonej liczby składników. Różne zestawianie, różne przyprawianie czy też różne sposoby przyrządzenia zamieniają ziemniaki, pomidory, ryż, mąkę, cebulę, kabaczki, kalafior czy szpinak w dziesiątki osobnych, egzotycznych dań.

Te same składniki, więcej – ten sam sposób przygotowania i zagniecenia ciasta, pozwalają powstać plackom chapati – jeśli usmaży się je bez tłuszczu lub upiecze w piecu tandoori lub puri jeśli usmaży się je na tłuszczu.

Jak zmienić ryż w przynajmniej kilka różnych dań?
Wystarczy usmażyć go z kminkiem lub cebulą, dodać warzywa i przyprawy tworząc veg biriani lub ryby, owoce morza, mięso i wtedy powstają odpowiednio fish biriani, shrimp biriani, chicken biriani i tak niemal bez końca.

Dla mnie ryż jako dodatek do niesamowicie aromatycznych masali i curry istniał wyłącznie w postaci czystej (plain).
Także poza dwoma wyjątkami gdy zdecydowałam się zamówić mięso (raz kurczaka, raz baraninę) trzymałam się zasady: nie jeść mięsa w Indiach!
Moja prywatna koncepcja na temat przyrządzania mięsa przez hindusów jest taka, że nie potrafią tego robić. To kraj wegetarian (hindusi nie jadają wołowiny, muzułmanie wieprzowiny), wiele restauracji reklamuje się jako wegetariańska i wolna od wszelkiego mięsa, więc skąd mieliby umieć!

Warzywa to co innego.
Próbując dań warzywnych, trzeba przyznać, że są mistrzami. (tu my powinniśmy brać korepetycje z przyrządzania ziemniaków czy szpinaku, szczególnie jeśli indyjskie dania z warzyw porównamy z naszymi tluczonymi ziemniakami czy papkami szpinakowymi lub buraczanymi).
I nie tylko ja tak myślę. W Radżasthanie, w co drugim hotelu prowadzone są kursy gotowania dla turystów.
Dania, które już potrafię zrobić to:
Veg biriani (danie z ryżu i warzyw)
Alu Gobi masala (masala z ziemniaków i kalafiora)
Palak Paneer Masala (masala z sera i szpinaku).

Muszę się jeszcze koniecznie nauczyć robić Malai Koftę (kotlet warzywny w sosie).

Piotrek po powrocie do kraju odtworzył swój ulubiony Paneer Butter Masala (masalę serowo-maślaną z pomidorami i jogurtem.) Wyszła całkiem-całkiem.

Mamy jednak pewną tajemnicę przyrządzania indyjskich dań.
Może nie powinnam jej zdradzać, ale… co mi tam!
…to książka kucharska kupiona w Delhi i cała szuflada indyjskich przypraw;)

piątek, 5 marca 2010

kobiety z rybami


Targ rybny powstaje na skraju ulicy codziennie po południu.
Niespodziewanie i szybko parę metrów pobocza zajmują kobiety z rybami.
Schodzą się z różnych stron, czasem pojedynczo, czasem grupkami, wszystkie w bardzo strojnych, kolorowych sari.
Nie jest ich dużo. Wszystkiego kilka kobiet w różnym wieku. Każda niesie na głowie duży, płaski kosz.
Kosze wypełnione są rybami. Różnej wielkości i w różnych kolorach; małe czerwone rybki, srebrne, błyszczące szprotki, ale też duże, tłuste tuńczyki.
Poza koszem na głowie nic więcej nie niosą i idą z pustymi rękami. No czasem jedną ręką przytrzymują kosz, ale częściej ręce zwisają swobodnie nie obciążone żadnym bagażem.

Gdy kobiety zaczęły schodzić się obserwuję ich ruchy. Płynne, sprawne, bez zbędnego wysiłku. Rozkładanie straganów z rybami odbywa się szybko, bez słowa, jakby każdy ruch był wypracowany i udoskonalany przez pokolenia. Gdy kobieta z koszem na głowie dochodzi do miejsca sprzedaży, natychmiast koło niej pojawia się inna. Chwyta za kosz i wspólnie z właścicielką kosza zdejmuje go z głowy i stawia na chodniku.
Wszystko odbywa się bez słowa.

Teraz widzę wyraźnie, że kosz nie był niesiony na głowie.
Każda z kobiet pod swoim koszem ma coś co wygląda jak poduszka. Miękka, zmieniająca kształt i pozwalająca balansować pozycję koszta tak, aby zawartość nie spadła na ziemię.

Kobieta, której przed chwilą ktoś pomógł zdjąć kosz z glowy, teraz staje przed koleżanką i robi dokładnie to samo. Chwyta kosz i delikatnie zestawia na ziemię.
I znowu wszystko odbywa się w milczeniu. Kobiety skupione są na pracy, nie ma czasu na rozmowy.
Żadna z kobiet nie prosi inną o pomoc. Pomoc przychodzi sama, dokładnie w tym momencie gdy jest potrzebna.
Niektóre z kobiet obok swoich koszy rozwijają folię. Będą na nich oprawiać ryby. Oprawiane są tylko duże ryby. Małe sprzedawane są w całości, większe są patroszone lub (jak tuńczyki) sprzedawane na steki.

Patrzę na kobiety uwijające się przy swoim straganiku i myślę, że w tym miejscu drogi przed chwilą nie było jeszcze nic. Teraz, w mgnieniu oka powstał tu targ rybny.
Co chwila zatrzymuje się samochód lub motocykl czy skuter i wtedy kobiety przekrzykują się zachwalając swój towar.
Gdy któraś tylko zobaczy, że ktoś zainteresował się jej rybą, błyskawicznie oprawia ją, waży, pakuje w gazetę i podaje klientowi.
Trwa to tak krótko, że klient nawet nie ma czasu zastanowić się czy odmówić. Towar jest już zważony, zapakowany i podany.
Znaczy - sprzedany.

Już się ściemnia, a ja cały czas stoję i przyglądam się pracującym kobietom.
Teraz rozumiem dlaczego taką właśnie scenę Klaudia wybrała na temat swojego obrazu po zeszłorocznym pobycie w Indiach, w tym hotelu, z tarasu którego można to wszystko obserwować.

Scena jest barwna nie tylko przez kolorowe sari kobiet i srebrzystość ryb.
Jest egzotyczna, ujmująca, fascynująca. Nie można oderwać wzroku.

owoce, gekony i dachy Port Blair

Co robić wieczorem, gdy wcześnie robi się ciemno, muzea już zamknięte, nie zdążyliśmy na spektakl „światło i dźwięk” w Cellular Jail, a kolację już zjedliśmy?

Wystarczy nieduży dach Twojego hotelu, kilka krzeseł, świece, ananas, kilka mango, nieduży nożyk i impreza gotowa.

Z dachu naszego hotelu położonego na wzgórzu mamy widok na meczet z białymi kopułami, a za nim światła miasta.
Koło nas terkocze pan gekon zalecający się do pani gekonicy; lepiej to słyszymy niż widzimy.
Zapachy niedawnych kolacji unoszą się jeszcze nad dachami.
Szczekanie psa, bolywoodzkie melodie dochodzące z pobliskiego telewizora, odległe klaksony z ulicy.
Typowe odgłosy wieczoru; gdy ktoś wraca do domu, ktoś inny kładzie dzieci spać, rodziny kończą dzień.

Siedzimy na dachu, a ja czuję się jakbym podsłuchiwała to miasto. Nasłuchuję jak wszystko dookoła wycisza się i powoli zasypia.
Tylko jakiś pies wygrzebuje resztki ryby ze sterty śmieci na ulicy, ktoś przechodzi pod naszym dachem i właśnie głośno się zaśmiał i…jakiś pan gekon nadal zaleca się do pani gekonicy.

mocne palone


Któregoś dnia będąc w okolicach Aberdeen Bazar w Port Blair, postanowiliśmy kupić piwo na wieczór.
Krzysiek przypomniał sobie, że w zeszłym roku gdzieś tu, w okolicach bazaru był sklepik z alkoholem.
To jedyny znany mu sklep w mieście.
W Indiach, inaczej niż w Polsce nie sprzedaje się piwa w każdym „spożywczaku” czy na każdej stacji benzynowej.
Co prawda pełna prohibicja obowiązuje tylko w stanie Gudziarat, miastach pielgrzymkowych, miejscach kultu a także w określonych dniach jak urodziny Mahatmy Gandhiego czy Dzień Niepodległości.

Alkohol można kupić w nielicznych sklepach posiadających państwowe koncesje, a także w restauracjach czy hotelach.
Znalezienie sklepu z alkoholem jest jednak sztuką. Często sklepy są położone na uboczu i trudno do nich trafić, a napotkani ludzie mówią politycznie „nie wiem” czy „nie ma”.

Tego wieczora zapuściliśmy się głęboko w zakamarki ciemnego, opuszczonego o tej porze bazaru.
Nie powiem – czułam się gorzej niż zapuszczając się w praskie uliczki gdy jedziemy do Składu Butelek czy Snu Pszczoły.

Nic nie znaleźliśmy.
Dzień później okazało się, że o tej porze sklep był już zamknięty.
Dopiero następnego dnia Klosi i Krzyśkowi udało się trafić do tajemniczego sklepu z kratą, w głębi bazaru.
Przywieźli piwo i to jakie!
Mocne Palone, produkowane w Polsce, rozlewane w Indiach.

ostatni dzień na wyspie


Jest 6.30.
Wstałam i już zupełnie nie jestem śpiąca.
Siedzę na hamaku i patrzę w morze.
Jeszcze nie nabrało swojego głębokiego, turkusowego koloru. Na razie jest ledwo – ledwo błękitne.
Poziom wody taki jak wieczorem – im dalej od pełni księżyca, tym mniejsze ruchy wody w trakcie przypływów i odpływów.

Powierzchnia wody jest spokojna, bez większych fal, ale nie tak gładka jak wczoraj przed zachodem słońca gdy tafla wody była nieruchoma jak na jeziorze.

Słońce już świeci.
Jeszcze nie pełnią swojej mocy i pod takim kątem, że woda wydaje się jeszcze jaśniejsza.

Słyszę łódź.
Nie widzę jej pomiędzy palmami, ale słyszę terkotanie silnika. Podobna łódź za godzinę zabierze chłopaków na nurkowanie, podobną płynęliśmy wcześniej na snorkling.
To typowa łódź rybacka, przerobiona na turystyczną.
Z niewielkim daszkiem wygiętym w łuk na rusztowaniu z drewna i z małymi, twardymi, niewygodnymi ławkami.
Najbardziej charakterystyczną cechą łodzi jest silnik. Uruchamiany na korbę i głośno terkoczący. Słychać go z daleka, a jak siedzi się blisko to nie słychać nic.
Kilka dni temu płynąc łodzią bawiliśmy się w głuchy telefon. Piotrek siedział najbliżej silnika; miał najgłośniej i najbardziej zniekształcał zdania…

A więc siedzę w piżamie na hamaku, patrzę w morze, słucham terkotania łodzi i już żałuję, że jutro wyjeżdżamy.
Będę tęsknić, ale wiem jedno – na pewno tu wrócę!

wioska numer 2


Jak wyjedziesz z Jetty jedź na południe.
Zresztą, nie masz specjalnego wyboru – to jedyna droga prowadząca przez wyspę.
2-3 kilometry dalej zobaczysz rondo – jedyne na wyspie.
Tu musisz pamiętać o lewostronnym ruchu bo wierz mi jazda przez rondo od lewej do prawej nie jest naturalna.

Już jesteś w wiosce numer 2.
To najbardziej centralny punkt na wyspie.
Wioska numer 2 żyje takim rytmem jak reszta Indii; życie zamiera w porze obiadu i rozkwita o zachodzie słońca.
Wtedy ledwo można przejechać. Tłumy hindusów chodzą we wszystkie strony.
Wszystkie pojazdy trąbią.
Nie, nie – bez złości, że komuś zajechałeś drogę czy wszedłeś pod koła.
Klakson, to podstawowy dźwięk Indii.
To zwykły, informacyjny znak drogowy – tyle, że dźwiękowy.

Wioska numer 2 to także boisko do krykieta, jedyny guesthouse na wyspie i bankomat przed którym na stałe urzęduje strażnik bankowy.
Jednak najbardziej intrygującym miejscem jest świetlica. Tj. Piotrek mówi, że to świetlica, a ja myślę, że to najbardziej odpowiednia nazwa dla tego miejsca. Spory, wybetonowany plac, zadaszony i przystrojony kolorowymi proporczykami.
Bezpośrednio z placu jest wejście do świątyni.
To żadna imponująca budowla jakie zwiedzalimy w Indiach. Zwykłe kwadratowe, nieduże pomieszczenie, w którym hindusi modlą się i zostawiają dary.

Betonowa świetlica zmienia swoje przeznaczenia w miarę potrzeb.
Bywa targiem warzywnym.
W równych rzędach ustawiane są wtedy stragany z wszelkimi warzywami.

Bywa miejscem modłów.
Byliśmy świadkami wieloosobowej modlitwy połączonej ze śpiewem i tańcami; wystukiwaniem rytmu na bębenkach i muszlach.
Na święto zjechała do wioski niemal cała wyspa.
Ludzie modlili się, inni dopiero przychodzili z darami i w długiej kolejce czekali na swoją kolej do złożenia darów, jeszcze inni w wielkich kotłach gotowali ryż i sosy do tali, kobiety obierały góry ziemniaków, a dzieci podekscytowane biegały dookoła i prosily rodziców o kolorowe zabawki ze straganów.

Kilku młodych mężczyzn ustawiło się w kolejce do rzutów kulkami.
Gdy podeszliśmy, jeden z nich właśnie kłócił się z właścicielem budki z rzutkami.
Poszło o wygraną; rzucał przecież tak żeby wygrać telewizor, a wygrał grzebień (?) Krzyczał, że to zwykłe oszustwo… - i niech Cię szlag trafi! – złorzeczył.

Po modlitwie, świetlica przekształca się miejsce wspólnego spożywania posiłku.
Dziesiątki ludzi siedzi na betonie w rzędach.
Mają przed sobą tradycyjne tali; liść bananowy a na nim kupka ryżu i kilka mniejszych kupek sosów warzywnych do ryżu.
Pomiędzy rzędami przemykają kobiety z wielkimi wiadrami, z których dokładają ryż i sosy.
Ot, zwykly wspólny posiłek po wspólnej modlitwie.

banana lussi


Lasi bananowe, lasi z mango czy papaji można dostać w każdym barze.
Przygotowanie jest banalnie proste.

1/2 szklanki gęstego jogurtu
¼ szklanki mleka
1 banan
1 łyżeczka miodu.

Wszystkie produkty należy zmiksować na jednolitą płynną, ale dość gęstą masę, schłodzić w lodówce i pić, pić pić….

jetty


Na wyspie są 2 centralne punkty. Zawsze zatłoczone. Pełne raczej hindusów niż turystów.
Pierwszy to Jetty – port, gdzie nie tylko przybijają promy z innych wysp, ale też łodzie wożące turystów na nurkowanie, jest tam też postój riksz i dżipów, restauracja sprzedająca idli, kilka sklepików, stragany, na których za 10 rupii można kupić kiść krótkich, słodkich bananów czy kokosy.

I wreszcie kasa biletowa na prom, przy której zawsze tłoczą się ludzie.
Na kasie od zeszłego roku wisi ta sama kartka: „ Internet not run, ticket booking not available”. I to z powodu tej kartki zamiast zarezerwować bilety wcześniej i przed wyjazdem przyjść z plecakiem na prom, od rana stoimy w kolejce do kasy.

Pod tą kartką wisi druga, z przed 4 lat. Informuje dumnie o wdrożeniu systemu komputerowego umożliwiającego wcześniejszą rezerwację biletów.

Stoję, w kolejce dla kobiet, patrzę jak w kolejce obok tłoczą się mężczyźni i myślę, że obie kartki to swoista historia tego miejsca.
Okienko obwieszone nieaktualnymi komunikatami, wyblakły plakat zrobiony z wycinków gazet, komunikujący, że oto w 2001 roku na Havelock – Andamany przypłynął i spędził urlop Johnny Depp, to archiwalia tego miejsca.
Kto by wiedział o wizycie celebryty czy o nowoczesnym systemie komputerowym gdyby nie te przeterminowane informacje?

Tymczasem kolejka wydłuża się przede mną. Widzę jak hinduscy mężczyźni kupujący bilety dla grup, wpuszczają się nawzajem bez kolejki.
Obie z Klaudią postanawiamy działać i rozpoczynamy szturm na okienko. Ja przyklejam się do okienka po prawej, Klaudia po lewej. Piotrek i Krzysiek ubezpieczają nas z tyłu. Oplatamy okienko tak szczelnie, że już nikt więcej nie wciśnie się.

Może niepotrzebnie się denerwujemy, że zabraknie biletów. Wiemy przecież, że jeśli tak by się stało wystarczy, że pokażemy bilety lotnicze na jutro, na dalszy odcinek drogi z Andamanów do Kalkuty.
Wtedy okaże się, że kolejnych 6 biletów dla nas i tak się znajdzie.
Nawiasem mówiąc ciekawe czy oznacza to, że na załadowały już prom ładuje się kolejnych kilka osób.
Może pod informacją o nośności promu w kilogramach i osobach wisi druga anulująca tę pierwszą i pozwalająca na wejście większej liczby osób?
To możliwe, ale wolę o tym nie myśleć przed przybiciem do brzegu.

środa, 3 marca 2010

uwaga, jadę!


Pierwszego dnia na Havelocku postanowiliśmy wypożyczyć skutery żeby swobodnie poruszać się po wyspie.
W rezultacie ja wypożyczyłam skuter, a chłopaki motory.

Pierwszy raz będę siedziała na skuterze i mam duże obawy; czy go utrzymam, czy utrzymam równowagę, w ogóle czy dam radę.
Najpierw mój przyszły skuter testuje Rajmund i wraca z informacją o słabo działających hamulcach.
Już się ucieszyłam, że nie działają (a to był jedyny skuter jaki widzę)
- Więc no cóż, trudno, nie pojeżdżę sobie.

Ale hamulce zostały wyregulowane i teraz jest ok.
– Masz i jedź – słyszę.

No to jadę.
Jestem skupiona na utrzymaniu równowagi, ale i tak widzę, że ludzie na poboczu machają do mnie rękami.
- On left ! On left! – słyszę.

Mogłam się tego spodziewać. Ruch lewostronny, a ja jadę sobie prawą stroną prosto na skuter jadący z przeciwka.
- Uff – minęłam go lewą. Muszę pamiętać, że tu jest ruch lewostronny.
Najlepiej jedzie się przez jedyne na wyspie rondo. Trudno sobie wyobrazić objeżdżanie ronda od lewej do prawej – trzeba tego doświadczyć.

Przy spisywaniu umowy wypożyczenia słyszę, że za wszystkie uszkodzenia odpowiadam sama do pełnej wysokości naprawy i takie tam….
I ledwo wsiadam na skuter po podpisaniu umowy, gdy wpadam na motor Krzyśka (dopiero po tym incydencie zauważam, że manetka gazu działa odwrotnie niż myślałam)

- It will be cost RS 500 – podbiega do mnie właściciel I ogląda uszkodzenia, których właściwie nie ma – uderzenie było bardzo delikatne, ale właściciel wzdycha i kiwa głową. - Yes, yes RS 500 – 700 extra.

Że też musiało się to stać na jego oczach!

Po 2-ch tygodniach i oddaniu skutera przed wyjazdem z wyspy placę 500 RS kary i umawiam się z wlacicielem na rabat za wypożyczenie skutera honda activia w przyszlym roku. No, muszę tu wrócić żeby skorzystać z rabatu!

kraby lubią chapati


Pod wieczór gdy nadciąga przypływ, na brzegu morza zaczyna się ruch.
Najlepiej spojrzeć kątem oka, a można zobaczyć, że brzeg morza aż chodzi.

Są pasy szybkiego ruchu, gdzie kraby pustelniki przemieszczają się szybko ciągnąc na grzbietach swoje dobrze dopasowane domki – muszelki.
A są też pasy ruchu dla krabików powolnych.
Niektóre są powolne, po porwały się na za duże i za ciężkie muszle.

O właśnie mijając pustą muszlę na swojej drodze, krab wyszedł z dużej muszli i przymierza nową.
Nic z tego, za mała – krabik wciska odwłok z powrotem do starej muszli i z wysiłkiem ciągnie ją dalej i dalej od morza.

Jeden z krabów przeciąga swoją muszlę przez ręcznik, na którym siedzi Klaudia i je chapati z sosem.
Urywa kawałek placka i podsuwa go krabikowi.
Ten, niemal nie zwalniając łapie szczypcem placek i wędruje dalej.
Teraz najważniejsze uciec przed przypływem. Zje sobie później.

najpiękniejsze plaże na havelocku


Haverlock – nieduża wyspa tropikalna, 2 godziny promem od Andamanu Południowego lub 2 godziny samolotem + 2 godziny promem od Madrasu.
Ma ok. 10 km szerokości i 3 razy tyle długości (choć przy długości nie będę się upierać bo mapy przedstawiały tylko tę część wyspy, która jest dostępna dla turystów).
Całą wyspę można objechać w 1 dzień.
Na wschodnim wybrzeżu – resort koło resortu. Z domkami z trzciny i bambusa na każdą kieszeń.
W większości resortów – restauracje i bary.
W połowie wschodniego wybrzeża – mini centrum z Internetem i sklepikiem (jedynym na wyspie gdzie można kupić zachodnie produkty lub spróbować wypieków właściciela).

Większość resortów po naszej stronie leży w zatoce z plażą nr 5. To ładna plaża z bardzo płytką wodą ciągnącą się daleko w głąb morza.
Ze względu na tę plażę, idealną i bezpieczną dla dzieci, wszystkie 3 rodziny z małymi dziećmi z naszej wioski w ogóle się z niej nie ruszają.

My z reguły jeździmy na plażę nr 7, po drugiej stronie wyspy. Żeby się do niej dostać jeździmy skuterami przez dżunglę mijając 2 małe wioski, krzyżówkę i boisko do siatkówki gdzie chłopcy codziennie wieczorem grają w piłkę.
Plaża jest na zachodnim wybrzeżu wyspy. Ściągają na nią ludzie oglądać zachód słońca. To co nas tu sprowadza to także woda świetna do pływania i rafy koralowe z ogromną ilością dużych ryb.

Pomiędzy plażą nr. 5 i 7 znajduje się Elephant Beach.
Po raz pierwszy byliśmy tam łodzią, gdy popłynęliśmy na snorkling.
Kilka dni później postanowiliśmy dotrzeć tam od strony lądu.
I to było coś!
Najpierw trecking przez dżunglę, potem fragment dżungli i lasów mangrowych zniszczonych przez tsunami, a wreszcie plaża.
Dzika, z piękną rafą.
Potem widziałam gdzieś z restauracji reklamówkę wycieczki: Mangru trecking + snorkling on beautiful beach – RS 2500 per person.Mogę zarekomendować – ładne miejsce, ale wolę naszą wersję tj 2500 rupii od osoby taniej.

psie rewiry


Idąc plażą wzdłuż brzegu co kilka metrów trafia się na sforę psów wylegujących się w cieniu.
Mijamy właśnie 2 beżowe, 1 brązowego i czarno-białą sunię.

Wszystkie psy na Havelocku (właściwie wszystkie indyjskie psy) są do siebie podobne. Smukłe, średnio duże z wydłużonym pyskiem. Wyglądają jakby były jedną rasą. Różnią się tylko kolorem sierści.
Wszystkie też są niezwykle spokojne, łagodne i przyjazne.
Podchodzą do spacerujących, czasem kładą się obok.
Pewnie liczą na jakiś przysmak, ale nie są nachalne. Jak nie dostaną, spokojnie leżą dalej.
Żeby odeszły wystarczy klasnąć.
Wtedy wstaną, odejdą i położą się dalej.
Nie warczą, nie szczerzą zębów. Nie chcesz żeby były blisko – to nie. Na wyspie starczy miejsca dla każdego.

Któregoś dnia przybłąkał się do nas na spacerze szczeniak.
Bawił się z nami, zaczepiał i szedł dalej.
W zabawie trochę się zapomniał i wszedł w rewir obcej sfory.
Zobaczyła to matka i przybiegła z trzema kuzynami. Ona odciągnęła małego na stronę swojego rewiru, w tym czasie kuzyni groźnie mierzyli się wzrokiem z obcymi psami.
Gdy mały był bezpieczny, także kuzyni wycofali się do swojego rewiru.

Innym razem, na plaży przysiadł się dorosły, beżowy pies.
Wyglądało na to, że jest przywódcą stada, bo miał wyraźne poważanie innych psów.
Położył się obok nas i nawet nie wiem jak do tego doszło, że został zakopany w piasku. Wystawał mu tylko łeb.
Klaudia i Krzyś przysypywali go piachem, a on przeciągał się z zadowoleniem pod chłodną warstwą piachu.
Nagle zerwał się, otrzepał i pobiegł w jakiejś ważnej sprawie do lasu.
Po kilku minutach wrócił, ułożył się dokładnie w poprzednim miejscu i zerkał na Krzyśka.
Wyraźnie czekał na zakopanie w piachu.

dziewczyny i chłopaki


Urodzenie dziewczynki nie jest w Indiach radością dla rodziny.
Trzeba będzie wydać ją za mąż, a wcześniej zgromadzić posag.
Niezamożna rodzina potrafi zbankrutować zbierając na posag dla córki.
Chłopak to co innego!
Jest zabezpieczeniem na staroć dla rodziców. Zadba o pochówek rodziców.
Dziewczyna wyjdzie za mąż, opuści rodzinę i żaden z niej pożytek.

Hinduskie Ministerstwo Zdrowia zakazuje prenatalnych badań płci. Konsekwencją wykonywania tych badań za 20 lat, byłby brak żon dla rodzących się chłopców.

Indie prawnie nie zakazują aborcji, jednak hinduizm nie zezwala na wykonywanie jej. To dlatego, że karma i darma wyznaczają miejsce urodzenia w kolejnym wcieleniu.
To, że rodzi się dziewczynka i do tego w konkretnej rodzinie to jej karma. Człowiek nie ma prawa na nią wpływać i próbować zmieniać. Taki jest porządek rzeczy (darma) - my chyba powiedzielibyśmy raczej "przeznaczenie".

Jednak widziałam ojców dziewczynek noszących je na rękach, bawiących się z córeczkami, czy dumnie prezentujących swoje małe laleczki turystom, prosząc o zrobienie im zdjęcia.
Myślę więc, że Indie bardzo się zmieniają.

sobota, 13 lutego 2010

kuchnia - czyli czyste radosci mojego życia


Śniadanie - 3,90 zl.
Lunch - banany lub kokosy
Kolacja - 6-10 od osoby razem z napojami.
No, może jeszcze wieczorem piwo w barze, którego w zeszłym roku
jeszcze nie było, na skraju dżungli, gdzie siedzimy na wysokości liści
palmowych, a przed wejściem zdejmujemy buty.

Moje ulubione kolacje, to zdecydowanie Tomato Soup. Próbowałam tej
zupy chyba we wszystkich barach, w których byliśmy. Mogę ją jeść o każdej porze, na każdy posiłek.
Zawsze bardzo świeża, robiona z aromatycznych pomidorów, najlepsza z
dodatkiem kolendry, w barze u Amita nazwanym World Class Restaurant(:)

Amit to ciekawy przypadek; nigdy nie zdradzi, że nie ma któregoś z
produktów do dań, które zamówiliśmy. Zamiast mówić: - Nie ma! - wsiada
po prostu na rower i jedzie na targ.

Raz pojechał po pomidory do mojej zupy, innym razem przywiózł owoce do bananowego lassi zamówionego przez Krzysia.
Nie musze chyba dodawać, ze za każdym razem czekanie liczymy w godzinach.
Warto jednak było czekać na Piotrka Paneer Butter Masala czy moją Veg
Masala z fasolą i ziemniakami.

Niczego sobie była także Shakshuka u Anglika, a Klaudia zajadała się
Idli z Sambar i Coconoot Chatney kupowanym na wynos w porcie i
jedzonym na plaży.
Czy też Tali - jej ulubionym hinduskim daniem pełnym rożności do ryżu.

Tak w całych Indiach, jak i na Havelocku jedzenie to bardzo ważna część życia.
Można je kupić wszędzie; w barach, w restauracjach i na każdym rogu ulicy.
Świetny był narożny barek w Port Blair, gdzie co przechodziłam to
obserwowałam pojawianie się i znikanie kolejnych porcji jedzenia.
I choć panował upal, a jedzenie było wystawione wprost na ulicy, to
żadna porcja nie leżała wystarczająco długo żeby się znieświeżyć
czy zakurzyć.

havelock - życie na wyspie


Życie na wyspie to symbioza 2-ch grup; stałych mieszkańców i turystów,
(którzy dostają pozwolenie na pobyt, maksymalnie na miesiąc).
Hindusi bardzo pilnują żeby turyści nie zostawali dłużej chociaż
oczywiście możliwe jest przedłużenie pobytu jak ktoś bardzo chce.
(Słyszałam, że w Indiach wszystko jest możliwe:)

Stali mieszkańcy (stali - nie rdzennymi, bo to też ludność
napływowa) żyją tu sobie spokojnie i raczej dostatnio.
Choć wyspa nie jest duża, to jest tu 7 mini-wiosek i przynajmniej 5
szkół. Jeśliby zebrać wszystkie dzieci z wyspy w jednym miejscu, to
pewnie nie zapełniłyby nawet jednej średniej polskiej szkoły.
A tu, każda szkoła działa osobno, ma swoja kolorystykę, swoje własne mundurki.
Jadąc przez wyspę można spotkać grupki dzieciaków w różnych mundurkach
i z tornistrami na plecach.
Szkolnictwo w Indiach, mundurki, sposób nauczania, stosunek Hindusów do edukacji to pozytywna pozostałość po okresie kolonialnym.

Stali mieszkańcy w dużej części żyją z turystów. W sezonie obsługują w
barach, barkach i sklepikach przyjezdnych z całego świata, a potem
maja wakacje.
W porze monsunowej odpoczywają i ewentualnie zajmują się sprzedażą
płodów rolnych, które wyprodukowali (bananów i kokosów) lub po prostu na resztę roku wracają do swojego Kaszmiru czy Bombaju.

Życiem turystów rządzą natomiast wschody i zachody słońca.
Wstajemy tu znacznie wcześniej niż zwykle i kładziemy się niespotykanie wcześniej.
U nas powiedzielibyśmy ze kładziemy się z kurami.

Juz o 6 zapada zmrok. Staramy się przed zmrokiem wyruszyć do domu, żeby nie wracać po ciemku przez dżunglę.
Dżungla po zachodzie słońca...
Nie, dziękuję.

niedziela, 7 lutego 2010

gagan restaurant czyli wszyscy jestesmy na wakacjach


Staramy się chodzić do takich restauracji gdzie masowo chodzą Hindusi
z rodzinami.
Nie jest to łatwe, bo z reguły są to miejsca, do których lubią też
wpadać karaczany.
Jeden taki, wielki jak kciuk chodzi właśnie po ścianie
Ja w panice pokazuję na niego, on wtedy zrywa się i leci w moim kierunku, ja
zaczynam krzyczeć i podskakiwać. Siedzący przy stolikach z
zaciekawieniem patrzą na mnie.
No tak, to kraj karaluchów. Nawet jak ich nie ma w domu, to wlecą przez
okno i juz są.
To tak jakby histeryzować na widok muchy.

Ale jedzenie jest wyśmienite. Wrócimy tu na śniadanie. Rozmawiamy o
tym gdy tymczasem Rajmund fotografuje małą dziewczynkę przy stole
obok.
Właściwie 'na' a nie 'przy'.
Dziewczynka siedzi na stole i wyjada palcami jedzenie z talerzy rodziców i rodzeństwa.
Do zdjęć przyłącza się Piotrek. Potem dumny tata Hindus bierze małą na
ręce i podchodzi do każdego z nas, aby córka podała każdemu rączkę.
Dziewczynka przywitała się wiec z Anią, z Rajmundem, ze mną.
Stop - Hindus cofa się gdy widzi że Klosia podaje malej lewa rękę. I
znów przysuwa córeczkę gdy Klaudia wyciąga prawą.
Prawa ręka służy do witania i jedzenia. Lewa jest nieczysta.
Niesamowite, jak sprawnie Hindusi jedzą tylko prawą ręką.
Lewą wyraźnie odsuwają od talerza, kładą na kolanach lub trzymają się za pasek, podczas
gdy prawą, sprawnie przebierając palcami mieszają ryż lub co jeszcze trudniejsze, odrywają kawałek placka (mały palec przytrzymuje główną część placka, a trzy pierwsze chwytają kawałek do oderwania.
Takie jedzenie placka, maczanie go w sosie i nie przytrzymywanie niczego
lewą ręką wymaga równej sprawności jak jedzenie pałeczkami czy sztućcami.
Wiem, bo próbuję odkąd tu jestem i wychodzi mi to tak sobie - w rezultacie jem placki obiema rekami.
Rodzina obok wychodzi. Przystaje kolo nas. Jeszcze chwile rozmawiamy.
Są na wakacjach dwiema rodzinami.
My też.
Ojciec Hindus przedstawia nam swojego starszego syna - Rajmund
przedstawia Krzyśka.
Hindus przedstawia żonę - Piotrek mnie.
Potem zaczyna się cala rundka. To moja córka - mówi Piotrek pokazując na Klaudię.
My jesteśmy w podroży poślubnej - chwali się Krzysiek.
Hindus pokazuje na Anię
- To moja córka - mówi Rajmund
- Moja siostra - dodaje Krzysiek.
No tak, my te z jesteśmy na wakacjach 2-ma rodzinami, a właściwie 3-ma
licząc osobno Klosię i Krzysia.
Hindus wychodzi, rodzina za nim, na końcu przemyka kolo filara młoda dziewczyna.
Córka, synowa? Ojciec nie przedstawił jej.

wtorek, 2 lutego 2010

karman


Hindusi uważają, że czyn nie kończy się gdy ustaje działanie.
Trwa dalej i przenosi się na jego efekty.
Działanie wraz ze skutkami tego działania nazywają krótko “karman”.
Niby też tak myślimy, wiemy ze działania maja swoje następstwa,
rozpoznajemy związki przyczynowo-skutkowe, jednak to nie to samo.
Nie mamy jak Hindusi osobnego słowa na określanie zarówno działania
jak i jego następstw.
Byś może to inne postrzeganie świata powoduje, że Hindusi akceptują
swój los, godzą się z nim, wierzą ze to co im przynosi karma w
kolejnym wcieleniu jest skutkiem dzialań ich samych, ale też innych we
wcześniejszych wcieleniach. I nie należy wpływać na zmianę porządku
rzeczy (darma).
I wszystko jedno czy to darma czy karman.
Ważne, że gdy sprzedawca w punkcie Telco powiedział, że do kupienia karty telefonicznej potrzebny jest nam adres kogoś na stale mieszkającego w Indiach, podaliśmy mu kartkę z dokładnym adresem kioskarza.
…Ze Chennay, że Troplicane High Road, że kiosk na rogu i stan, i prowincja.
Mogliśmy podać ten adres, bo wcześniej doświadczyliśmy przypadkowego spotkania z kioskarzem; to był karman.

zdjecia miasta

Od rana chodzimy po Madrasie i pstrykamy zdjęcia. To znaczy ja
pstrykam, a Piotrek niesie torbę na aparat I ogląda na żywo to, co ja
widzę w obiektywie.
Sama ulica to sprzedawcy, ludzie śpiący tuz przy jezdni, zawinięci w
derki lub nawet nie, dzieci bawiące się, matki myjące lub karmiące
gole niemowlaki wprost na chodniku.
Psy śpią zwinięte w kłąb albo chodzą pomiędzy przechodniami. Czasem gdy przechodzimy, pies podnosi łeb, jakby wyczuwał nasz inny zapach.
Ulica to hałas, klaksony ze wszystkich stron. Nie wiem jak śpiący na ulicy mogą
spać w tym hałasie, z głowami tuz przy nadjeżdżających rikszach I
chodzących im nad głowami ludziach.
Ale śpią!

Skręcamy w boczna ulice I od razu wchodzimy na bazar. Pstrykam
kolejne zdjęcia i dobrze, bo gdybym zobaczyła to wszystko na żywo to
jak nic by mnie zemdliło.
To bazar mięsny.
Na hakach kozy, głowy kóz I łapy kozie.
Rozebranego mięsa chyba tu nawet nie ma. Wszystko co tutaj sprzedają bardzo niedawno było jeszcze biegającą koza czy kurczakiem. I nie da się o tym nie myśleć widząc na
ladzie 4 łapy i łeb.
Wracamy na ulice – uff, co za ulga!
Szczególnie dla nosa.
Przy hotelu, Piotrek bierze ode mnie aparat żeby pstryka kioskarza w swoim
kiosku na rogu.
Spodobało mu się ( tj. i Piotrkowi i kioskarzowi).
Następne zdjęcia to różne pozy i układy; kioskarz i jego kiosk, kioskarz i przyjaciel, kioskarz, kiosk i przyjaciel...
Po każdym zdjęciu następuje oglądanie. Pokazują je sobie, zaśmiewają się, a ja
czekam.
- Dir friend, plis sent mi 1 foto
- Ok – odpowiada Piotrek I mówi ze zdjęcia będzie można obejrzeć na blogu.

No ale kioskarz nie ma Internetu, jego przyjaciel tez nie i następuje długa narada jak przesłać zdjęcia.
Ja nadal czekam.
- Sent mi 2 foto on maj adres, hir – kioskarz pokazuje na swoja budkę.
Teraz zaczynają spisywać adres; że Chennay, ze Tripllicane Hish Road,
że kiosk na rogu i jeszcze stan i prowincja. Nie może nie dojść.

- Friend, 3 fotos sent mi hir – kończy kioskarz i podaje Piotrkowi rękę.
Uff, wreszcie. Wracamy do hotelu z całą masą zdjęć, adresem kioskarza i zamówieniem na 3 odbitki. Stanęło na trzech, ale jakby jeszcze chwilę pogadać…

telefonia komórkowa

Tak czy inaczej przepisy są takie, że jak chcesz kupić kartę telefoniczną (mam na myli prepaidową kartę telefoniczną), to musisz mieć: kopię paszportu, 1 zdjęcie i informację gdzie mieszkasz w Indiach.
Wiemy o tym, mamy to wszystko, wiec pewnie wchodzimy do punktu telco i prosimy o kartę.
Sprzedawca wymienia potrzebne dokumenty.
Mamy, mamy! – wykrzykujemy i podajemy kopie paszportu, 1 zdjęcie i wizytówkę z hotelu Himalaya, w którym mieszkamy w Chennai (w hotelu zapewniali, że wizytówka wystarczy)
Nie wystarczyła.
Mamy wrócić do hotelu i wziąć zaświadczenie, że tam mieszkamy.
Wracamy więc do hotelu.
W hotelu recepcjonista rozkłada ręce: - “Ofice klosed “
No tak, jest niedziela.
Ale zapewnia, że wizytówka wystarczy i namawia żebyśmy się przy tym upierali.
Idziemy więc ponownie do punktu telco.
- Takie są przepisy – powtarza sprzedawca widząc tą samą wizytówkę . – Nic na to nie poradzę.
- Ale…. – I tu radośnie oddaje nam wizytówkę – to nie musi być zaświadczenie, to może być ta sama wizytówka z wpisanym nazwiskiem i numerem pokoju.
- I stemplem hotelu! – wybiega krzycząc za nami.

Wracamy do hotelu.
- Nie ma stempla. Zamknięty w biurze, a biuro nieczynne z powodu niedzieli.
- Ale przyjdźcie jutro!
Jutro to my juz jedziemy dalej.
Preparujemy wiec dokument na wizytówce I wracamy do punktu Telco. Może wystarczy.
Nie wystarczyło.
Sprzedawca ze smutkiem informuje nas, ze dokumenty są OK, ale brakuje nam jeszcze osoby polecającej. Kogoś znajomego, kto na stale mieszka w Indiach.
- Przecież my jesteśmy turystami – tłumaczymy – Nie znamy tu nikogo!
- Przykro mi, nie mogę Wam sprzedać karty telefonicznej - Sprzedawca oddaje nam dokumenty – Takie są przepisy.

niedziela, 31 stycznia 2010

mamallapuram


Fajne miejsce, szczególnie dla kogoś kto dopiero przyjechał, zaraz na dłużej jedzie na wyspę i chce się szybko nasycić kulturą.
To nieduża wioska koło Chennai, z kilkoma świątyniami z VII w. W tym z 5-cio częsciową “Five Rathas” – ktoś z nas ukuł opowieść o budowaniu kolejnej świątyni, gdy rata za poprzednia zostanie spłacona.
Okoliczności przyrody; lato – choć to zima.
I mnóstwo wycieczek.
Zdaje się, że trafiliśmy na okres urlopów i wyjazdów w Indiach.
Dużo wycieczek szkolnych. Pięknie poubierane dziewczynki w sari i tunikach jako mundurkach szkolnych i ich koledzy w spodniach i koszulach z tych samych tkanin, w tej samej kolorystyce.

A obok - znacznie gorzej ubrane dziewczynki, żyjące na ulicy.
Te pierwsze spędzają czas na wycieczce szkolnej, te drugie siedzą na chodniku i przyglądają się turystom.
I jedne i drugie uwielbiają pozować do zdjęć. Proszą – „Tejk e pikczer” i szeroko uśmiechają się do obiektywu.
Prawie takie same dzieci.
Ale jakże różną będą miały przyszłość.