Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Waranasi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Waranasi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 marca 2010

herbata i papierosy, a więc jesteśmy na policji

- Niech to szlag, to był nowy aparat! – wściekam się
- Zrobili nas jak dzieci – złości się Piotrek.
W pociągu ukradli nam aparat. Na szczęście poprzedniego dnia wieczorem zgraliśmy wszystkie nasze zdjęcia na Krzyśka dysk.
- Przynajmniej nie straciliście zdjęć z Andamanów… to tylko aparat – pociesza nas Klaudia.

Gdy dojechalismy rano do miasta, od razu na dworcu poszlismy na posterunek zgłosić kradzież.

Przed komisariatem, na dworze stoi stolik.
Przy stoliku siedzi policjant w cywilnych ciuchach i czyta gazetę. Za policjantem wisi tabliczka z napisem: „May I help you?”
Podchodzimy i Piotrek wyłuszcza co się stało.
Policjant patrzy na nas i nic. My też milczymy.

Do stolika podchodzi inny policjant więc powtarzamy co się wydarzylo.
Obaj policjanci patrzą to na siebie, to na nas i nic.
My też milczymy.

Gdy po raz czwarty tłumaczymy co się stało, któryś z policjantów wreszcie wpada na pomysł - „A jak się nazywacie?!”
- "Właśnie, niech spiszą jak się nazywają" – podali Piotrkowi kartkę i kazali spisać dane, z dokładny adres, imiona ojców (to u mężczyzn) i imiona mężów ( to u mnie i Klaudii).
Ktoś prosił jeszcze o kastę, ale ktoś inny wyjaśnił mu, że to przecież biali, więc oni w ogóle nie mają kast.

W czasie, gdy towarzyszylo nam już 6 policjantów, któryś zerwał się, pobiegł w kierunku dworca i wrócił po chwili z herbatą dla nas.

W czasie, gdy było już 8 policjantów – ktoś zaproponował nam przejście do świetlicy bo tam leci fajny film i może chcielibyśmy zobaczyć.
W kulminacyjnym punkcie, otaczało nas 11 policjantów.
W międzyczasie któryś z policjantów wziął od nas paszporty, wsiadł na motocykl przystrojony trochę jak wielbłąd (w dywan z długim włosem od kierownicy po koniec siedzenia) i pojechał do miasta zrobić ksero.
Inny po chwili skoczył na dworzec i przyniósł dla nas paczkę papierosów. Zmartwił się, że nie palimy bo chcial nas ugościć, a my tu nie palimy.

Najlepsze było na końcu, gdy Piotrek spisał już swoje zeznania i trzeba je było przenieść do formularza z protokołem.
Z jakiegoś powodu potrzebne było 6 egzemplarzy.
Na posterunku nie było maszyny do pisania, nie mówiąc już o komputerze. Wszystkie 6 egzemplarzy zostały więc spisane ręcznie.
Kto tego nie widział na własne oczy, pewnie mi nie uwierzy:

Przy stole usiadło trzech policjantów, każdy z dwiema kartkami i kalką. Kalkę włożyli pomiędzy kartki i całość równiutko spięli szpilkami. Czwarty czytał na głos zeznanie po angielsku, trzech pisało.
Czytający znał angielski, piszący – nie.
Czytający literował każde słowo, piszący zapisywali. Czasem prosili o powtórzenie, czasem prosili żeby czytać wolniej.
W ten oto sposób już po godzinie mieliśmy 6 egzemplarzy zeznań.
Wszystko zostało podpisane, Piotrek dostał jedną kopię i wreszcie zaledwie po 4 godzinach spedzonych przy stoliku przed posterunkiem moglimy odejsć.

Jeszcze tylko Krzysiek zapytał czy może zrobić zdjęcia.
Policjanci rozpromienili się, zaczęli pozować, podawali sobie i nam ręce, przybijali piątki.
W sumie odwalili kawał dobrej roboty – przyjęli zeznanie od białych.
A nie było łatwo.
Niejeden, gdy wróci wieczorem do domu, opadnie ciężko na fotel i westchnie - "Ale ciężki dzień dzisiaj miałem w robocie”

manikarnika ghat


Jest piąta rano. Jeszcze ciemno.
Z hotelu zabierają nas 2 riksze i jedziemy nad Ganges.
Bogini Ganga – uosobienie świętej rzeki Gangesu przyciąga o świcie tłumy pielgrzymów, którzy modlą się i dokonują rytualnych kąpieli.

Waranasi, w którym właśnie jesteśmy (inaczej Kaśi lub Benares) to jeden z większych i starszych ośrodków pielgrzymkowych.
Ma 3 tys. lat i ponad 2 tyś świątyń. 90 z nich położonych jest jedna koło drugiej, na niemal 6 kilometrach wzdłuż rzeki.
Wg mitu, Śiwa dopuścił się grzechu; w gniewie odciął piątą głowę boga Brahmy. Ucięta głowa przylgnęła do jego ręki i mimo upływu lat Śiwa nie mógł się od niej uwolnić. Dopiero Wisznu poradził aby ten udał się na brzeg świętej Gangi, której wody oczyszczają z grzechów.
W miejscu gdzie Śiwa dokonał rytualnej kąpieli, powstało święte miasto Waranami.

Na brzegu Gangesu przesiadamy się na łódź.
Od strony rzeki, w czasie gdy wstaje dzień, oglądamy miasto.
Świątynia koło świątyni.
Z każdej, od kaplicy do samej wody prowadzą schody. To Gathy. Miejsca święte. Miejsca zejścia do wody i rytualnych modlitw.
Gdy wschodzi słońce, wyraźnie widzimy, że Gathy różnią się między sobą. Tradycyjnie, każde nabrzeże ma swój charakterystyczny kolor. I rzeczywiście Gath Dżanki wyróżnia się czerwienią stopni, Ghat Darbahanga złoci się w słońcu, a Ghat Manikarnika… ginie w dymie.

Manikarnika to jeden z 2-ch Gathów pogrzebowych.
To tu odbywają się hinduistyczne kremacje zwłok. Na schodach można zobaczyć palące się stosy, ciała zmarłych w całunach czekające na swoją kolej czy grupy ludzi (rodzinę, znajomych), żegnających się ze zmarłymi.

Umrzeć w Waranasi !
To najbardziej pożądane miejsce śmierci.
Kremacja dla wyznawców hinduizmu jest konieczna, aby dusza mogła się uwolnić od ciała i ruszyć w dalszą drogę. Kremacja w świętym Waranasi skraca drogę i pozwala dotrzeć duszy prosto do nieba.

Umrzeć w świętym Waranasi jest tak bardzo pożądane, że zdarza się, że starzy ludzie przyjeżdżają tu przed śmiercią.
Być skremowanym w Waranasi – to kosztowna zachcianka. Jednak widziałam wiele rodzin, które przywoziły swoich zmarłych do tego świętego miejsca.

W okolicach Gathu Manikarnika spotkaliśmy kiedyś hindusa – wolontariusza, który opowiadał nam o przytułku dla umierających, w którym pracuje.
To dom dla biedaków. Samotni starcy także docierają tu by umrzeć, a wolontariusze karmią ich, robią masaże i pozwalają umrzeć, a po śmierci uczestniczą w pogrzebie.
- Praca przy umierających to moja ofiara bogom – tłumaczył nasz rozmówca, wolontariusz. – Dobre uczynki, pomoc starcom wrócą do mnie w postaci dobrej karmy.

My też składamy ofiarę.
Kupujemy kaganki z kwiatami i ogniem i puszczamy je na wody Gangesu.
Ofiara dla więtej Gangi.

sobota, 6 marca 2010

annapurna restaurant czyli z wizytą u szefa.

Miejsce – Waranasi
Czas – luty, zaraz po przyjeździe do miasta i zameldowaniu się w hotelu - zrobila się godz 13:00.
Stan żołądków – puste. Niektórzy z nas jedli rano w pociągu śniadanie, inni nie.

Jesteśmy więc w nowym mieście, głodni jak wilki.
W hotelu wskazali nam pobliską restaurację, idziemy wg instrukcji i widzimy, że na schodach budynku przed nami stoi człowiek w liberii i macha do nas.
To chyba tu mamy cos zjeść.
Siadamy, karta, zamówienie, jemy, płacimy…
Podchodzi do nas kelner i pyta czy mamy chwilę czasu.
???
I czy możemy poświęcić chwilę jego szefowi?

Zgadzamy się i jesteśmy prowadzeni do biura.
Wcześniej jednak wchodzimy do kuchni.
Kelner przedstawia nam kucharza, pokazuje piec tandoori do wypieku placków, kucharz pozuje nam do zdjęcia…. i idziemy dalej.

Przechodzimy przez tajemnicze korytarze, patio i wchodzimy do budynku biurowego.
Jeszcze tylko zdejmujemy buty przed wejściem do biura i wchodzimy.

Za biurkiem siedzi 60-letni mężczyzna. Szef!
Chwila zamieszania bo jest tylko 5 krzeseł a nas jest 6-cioro. Rajmund chce stać, ale nie, nie można – wszyscy mają siedzieć więc zostaje doniesione krzesło.
Rozmowa wstępna jest bardzo typowa dla Indii. Skąd jestemy, jak sie nazywamy, Czym się zajmujemy, jaki jest nasz zawód. Gdzie bylimy w Indiach i dokąd jedziely póżniej.
Po tym wstępie właściciel restauracji chce wiedzieć co jedliśmy – każdy opowiada co zamówił i jak mu smakowało.
A co można by poprawić? – Piotrek wytyka długie czekanie i podawanie dań jedno po drugim , zaczynając od sałatki i kończąc na ryżu, zamiast razem (to szczególnie dotkliwe gdy zamawiasz curry i ryż i sałatkę)
Właściciel chce wiedzieć czy próbowaliśmy deserów – no nie próbowaliśmy więc zostajemy poczęstowani słodkimi ciasteczkami ze srebrem. Szef ma sieć cukierni produkujących takie ciasteczka. Wyraźnie jest z nich dumny.

Rozmawiamy o wegetarianizmie.
Szef opowiada nam o zasadzie ahinsy (nie krzywdzenia istot żywych). Ortodoksyjni Hindusi z wyższych kast są wegetarianami. Należy do nich nasz gospodarz. Uważa on, że spożywanie mięsa powoduje skalanie. Dlatego żadne produkty mięsne nie są przygotowywane w jego restauracji.
- Nawet komary mają prawo żyć – kończy swój wywód na temat nie krzywdzenia.

Wcześniej odganialiśmy latające komary, teraz siedzimy cierpliwie znosząc gryzienie.
Nie wypada nam zabijać komarów gdy jest mowa o nie krzywdzeniu.
Już prędzej sami będziemy skrzywdzeni niż skrzywdzimy innych.