Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Port Blair. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Port Blair. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 marca 2010

kobiety z rybami


Targ rybny powstaje na skraju ulicy codziennie po południu.
Niespodziewanie i szybko parę metrów pobocza zajmują kobiety z rybami.
Schodzą się z różnych stron, czasem pojedynczo, czasem grupkami, wszystkie w bardzo strojnych, kolorowych sari.
Nie jest ich dużo. Wszystkiego kilka kobiet w różnym wieku. Każda niesie na głowie duży, płaski kosz.
Kosze wypełnione są rybami. Różnej wielkości i w różnych kolorach; małe czerwone rybki, srebrne, błyszczące szprotki, ale też duże, tłuste tuńczyki.
Poza koszem na głowie nic więcej nie niosą i idą z pustymi rękami. No czasem jedną ręką przytrzymują kosz, ale częściej ręce zwisają swobodnie nie obciążone żadnym bagażem.

Gdy kobiety zaczęły schodzić się obserwuję ich ruchy. Płynne, sprawne, bez zbędnego wysiłku. Rozkładanie straganów z rybami odbywa się szybko, bez słowa, jakby każdy ruch był wypracowany i udoskonalany przez pokolenia. Gdy kobieta z koszem na głowie dochodzi do miejsca sprzedaży, natychmiast koło niej pojawia się inna. Chwyta za kosz i wspólnie z właścicielką kosza zdejmuje go z głowy i stawia na chodniku.
Wszystko odbywa się bez słowa.

Teraz widzę wyraźnie, że kosz nie był niesiony na głowie.
Każda z kobiet pod swoim koszem ma coś co wygląda jak poduszka. Miękka, zmieniająca kształt i pozwalająca balansować pozycję koszta tak, aby zawartość nie spadła na ziemię.

Kobieta, której przed chwilą ktoś pomógł zdjąć kosz z glowy, teraz staje przed koleżanką i robi dokładnie to samo. Chwyta kosz i delikatnie zestawia na ziemię.
I znowu wszystko odbywa się w milczeniu. Kobiety skupione są na pracy, nie ma czasu na rozmowy.
Żadna z kobiet nie prosi inną o pomoc. Pomoc przychodzi sama, dokładnie w tym momencie gdy jest potrzebna.
Niektóre z kobiet obok swoich koszy rozwijają folię. Będą na nich oprawiać ryby. Oprawiane są tylko duże ryby. Małe sprzedawane są w całości, większe są patroszone lub (jak tuńczyki) sprzedawane na steki.

Patrzę na kobiety uwijające się przy swoim straganiku i myślę, że w tym miejscu drogi przed chwilą nie było jeszcze nic. Teraz, w mgnieniu oka powstał tu targ rybny.
Co chwila zatrzymuje się samochód lub motocykl czy skuter i wtedy kobiety przekrzykują się zachwalając swój towar.
Gdy któraś tylko zobaczy, że ktoś zainteresował się jej rybą, błyskawicznie oprawia ją, waży, pakuje w gazetę i podaje klientowi.
Trwa to tak krótko, że klient nawet nie ma czasu zastanowić się czy odmówić. Towar jest już zważony, zapakowany i podany.
Znaczy - sprzedany.

Już się ściemnia, a ja cały czas stoję i przyglądam się pracującym kobietom.
Teraz rozumiem dlaczego taką właśnie scenę Klaudia wybrała na temat swojego obrazu po zeszłorocznym pobycie w Indiach, w tym hotelu, z tarasu którego można to wszystko obserwować.

Scena jest barwna nie tylko przez kolorowe sari kobiet i srebrzystość ryb.
Jest egzotyczna, ujmująca, fascynująca. Nie można oderwać wzroku.

owoce, gekony i dachy Port Blair

Co robić wieczorem, gdy wcześnie robi się ciemno, muzea już zamknięte, nie zdążyliśmy na spektakl „światło i dźwięk” w Cellular Jail, a kolację już zjedliśmy?

Wystarczy nieduży dach Twojego hotelu, kilka krzeseł, świece, ananas, kilka mango, nieduży nożyk i impreza gotowa.

Z dachu naszego hotelu położonego na wzgórzu mamy widok na meczet z białymi kopułami, a za nim światła miasta.
Koło nas terkocze pan gekon zalecający się do pani gekonicy; lepiej to słyszymy niż widzimy.
Zapachy niedawnych kolacji unoszą się jeszcze nad dachami.
Szczekanie psa, bolywoodzkie melodie dochodzące z pobliskiego telewizora, odległe klaksony z ulicy.
Typowe odgłosy wieczoru; gdy ktoś wraca do domu, ktoś inny kładzie dzieci spać, rodziny kończą dzień.

Siedzimy na dachu, a ja czuję się jakbym podsłuchiwała to miasto. Nasłuchuję jak wszystko dookoła wycisza się i powoli zasypia.
Tylko jakiś pies wygrzebuje resztki ryby ze sterty śmieci na ulicy, ktoś przechodzi pod naszym dachem i właśnie głośno się zaśmiał i…jakiś pan gekon nadal zaleca się do pani gekonicy.

mocne palone


Któregoś dnia będąc w okolicach Aberdeen Bazar w Port Blair, postanowiliśmy kupić piwo na wieczór.
Krzysiek przypomniał sobie, że w zeszłym roku gdzieś tu, w okolicach bazaru był sklepik z alkoholem.
To jedyny znany mu sklep w mieście.
W Indiach, inaczej niż w Polsce nie sprzedaje się piwa w każdym „spożywczaku” czy na każdej stacji benzynowej.
Co prawda pełna prohibicja obowiązuje tylko w stanie Gudziarat, miastach pielgrzymkowych, miejscach kultu a także w określonych dniach jak urodziny Mahatmy Gandhiego czy Dzień Niepodległości.

Alkohol można kupić w nielicznych sklepach posiadających państwowe koncesje, a także w restauracjach czy hotelach.
Znalezienie sklepu z alkoholem jest jednak sztuką. Często sklepy są położone na uboczu i trudno do nich trafić, a napotkani ludzie mówią politycznie „nie wiem” czy „nie ma”.

Tego wieczora zapuściliśmy się głęboko w zakamarki ciemnego, opuszczonego o tej porze bazaru.
Nie powiem – czułam się gorzej niż zapuszczając się w praskie uliczki gdy jedziemy do Składu Butelek czy Snu Pszczoły.

Nic nie znaleźliśmy.
Dzień później okazało się, że o tej porze sklep był już zamknięty.
Dopiero następnego dnia Klosi i Krzyśkowi udało się trafić do tajemniczego sklepu z kratą, w głębi bazaru.
Przywieźli piwo i to jakie!
Mocne Palone, produkowane w Polsce, rozlewane w Indiach.

sobota, 13 lutego 2010

kuchnia - czyli czyste radosci mojego życia


Śniadanie - 3,90 zl.
Lunch - banany lub kokosy
Kolacja - 6-10 od osoby razem z napojami.
No, może jeszcze wieczorem piwo w barze, którego w zeszłym roku
jeszcze nie było, na skraju dżungli, gdzie siedzimy na wysokości liści
palmowych, a przed wejściem zdejmujemy buty.

Moje ulubione kolacje, to zdecydowanie Tomato Soup. Próbowałam tej
zupy chyba we wszystkich barach, w których byliśmy. Mogę ją jeść o każdej porze, na każdy posiłek.
Zawsze bardzo świeża, robiona z aromatycznych pomidorów, najlepsza z
dodatkiem kolendry, w barze u Amita nazwanym World Class Restaurant(:)

Amit to ciekawy przypadek; nigdy nie zdradzi, że nie ma któregoś z
produktów do dań, które zamówiliśmy. Zamiast mówić: - Nie ma! - wsiada
po prostu na rower i jedzie na targ.

Raz pojechał po pomidory do mojej zupy, innym razem przywiózł owoce do bananowego lassi zamówionego przez Krzysia.
Nie musze chyba dodawać, ze za każdym razem czekanie liczymy w godzinach.
Warto jednak było czekać na Piotrka Paneer Butter Masala czy moją Veg
Masala z fasolą i ziemniakami.

Niczego sobie była także Shakshuka u Anglika, a Klaudia zajadała się
Idli z Sambar i Coconoot Chatney kupowanym na wynos w porcie i
jedzonym na plaży.
Czy też Tali - jej ulubionym hinduskim daniem pełnym rożności do ryżu.

Tak w całych Indiach, jak i na Havelocku jedzenie to bardzo ważna część życia.
Można je kupić wszędzie; w barach, w restauracjach i na każdym rogu ulicy.
Świetny był narożny barek w Port Blair, gdzie co przechodziłam to
obserwowałam pojawianie się i znikanie kolejnych porcji jedzenia.
I choć panował upal, a jedzenie było wystawione wprost na ulicy, to
żadna porcja nie leżała wystarczająco długo żeby się znieświeżyć
czy zakurzyć.