sobota, 6 marca 2010

annapurna restaurant czyli z wizytą u szefa.

Miejsce – Waranasi
Czas – luty, zaraz po przyjeździe do miasta i zameldowaniu się w hotelu - zrobila się godz 13:00.
Stan żołądków – puste. Niektórzy z nas jedli rano w pociągu śniadanie, inni nie.

Jesteśmy więc w nowym mieście, głodni jak wilki.
W hotelu wskazali nam pobliską restaurację, idziemy wg instrukcji i widzimy, że na schodach budynku przed nami stoi człowiek w liberii i macha do nas.
To chyba tu mamy cos zjeść.
Siadamy, karta, zamówienie, jemy, płacimy…
Podchodzi do nas kelner i pyta czy mamy chwilę czasu.
???
I czy możemy poświęcić chwilę jego szefowi?

Zgadzamy się i jesteśmy prowadzeni do biura.
Wcześniej jednak wchodzimy do kuchni.
Kelner przedstawia nam kucharza, pokazuje piec tandoori do wypieku placków, kucharz pozuje nam do zdjęcia…. i idziemy dalej.

Przechodzimy przez tajemnicze korytarze, patio i wchodzimy do budynku biurowego.
Jeszcze tylko zdejmujemy buty przed wejściem do biura i wchodzimy.

Za biurkiem siedzi 60-letni mężczyzna. Szef!
Chwila zamieszania bo jest tylko 5 krzeseł a nas jest 6-cioro. Rajmund chce stać, ale nie, nie można – wszyscy mają siedzieć więc zostaje doniesione krzesło.
Rozmowa wstępna jest bardzo typowa dla Indii. Skąd jestemy, jak sie nazywamy, Czym się zajmujemy, jaki jest nasz zawód. Gdzie bylimy w Indiach i dokąd jedziely póżniej.
Po tym wstępie właściciel restauracji chce wiedzieć co jedliśmy – każdy opowiada co zamówił i jak mu smakowało.
A co można by poprawić? – Piotrek wytyka długie czekanie i podawanie dań jedno po drugim , zaczynając od sałatki i kończąc na ryżu, zamiast razem (to szczególnie dotkliwe gdy zamawiasz curry i ryż i sałatkę)
Właściciel chce wiedzieć czy próbowaliśmy deserów – no nie próbowaliśmy więc zostajemy poczęstowani słodkimi ciasteczkami ze srebrem. Szef ma sieć cukierni produkujących takie ciasteczka. Wyraźnie jest z nich dumny.

Rozmawiamy o wegetarianizmie.
Szef opowiada nam o zasadzie ahinsy (nie krzywdzenia istot żywych). Ortodoksyjni Hindusi z wyższych kast są wegetarianami. Należy do nich nasz gospodarz. Uważa on, że spożywanie mięsa powoduje skalanie. Dlatego żadne produkty mięsne nie są przygotowywane w jego restauracji.
- Nawet komary mają prawo żyć – kończy swój wywód na temat nie krzywdzenia.

Wcześniej odganialiśmy latające komary, teraz siedzimy cierpliwie znosząc gryzienie.
Nie wypada nam zabijać komarów gdy jest mowa o nie krzywdzeniu.
Już prędzej sami będziemy skrzywdzeni niż skrzywdzimy innych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz