Idąc plażą wzdłuż brzegu co kilka metrów trafia się na sforę psów wylegujących się w cieniu.
Mijamy właśnie 2 beżowe, 1 brązowego i czarno-białą sunię.
Wszystkie psy na Havelocku (właściwie wszystkie indyjskie psy) są do siebie podobne. Smukłe, średnio duże z wydłużonym pyskiem. Wyglądają jakby były jedną rasą. Różnią się tylko kolorem sierści.
Wszystkie też są niezwykle spokojne, łagodne i przyjazne.
Podchodzą do spacerujących, czasem kładą się obok.
Pewnie liczą na jakiś przysmak, ale nie są nachalne. Jak nie dostaną, spokojnie leżą dalej.
Żeby odeszły wystarczy klasnąć.
Wtedy wstaną, odejdą i położą się dalej.
Nie warczą, nie szczerzą zębów. Nie chcesz żeby były blisko – to nie. Na wyspie starczy miejsca dla każdego.
Któregoś dnia przybłąkał się do nas na spacerze szczeniak.
Bawił się z nami, zaczepiał i szedł dalej.
W zabawie trochę się zapomniał i wszedł w rewir obcej sfory.
Zobaczyła to matka i przybiegła z trzema kuzynami. Ona odciągnęła małego na stronę swojego rewiru, w tym czasie kuzyni groźnie mierzyli się wzrokiem z obcymi psami.
Gdy mały był bezpieczny, także kuzyni wycofali się do swojego rewiru.
Innym razem, na plaży przysiadł się dorosły, beżowy pies.
Wyglądało na to, że jest przywódcą stada, bo miał wyraźne poważanie innych psów.
Położył się obok nas i nawet nie wiem jak do tego doszło, że został zakopany w piasku. Wystawał mu tylko łeb.
Klaudia i Krzyś przysypywali go piachem, a on przeciągał się z zadowoleniem pod chłodną warstwą piachu.
Nagle zerwał się, otrzepał i pobiegł w jakiejś ważnej sprawie do lasu.
Po kilku minutach wrócił, ułożył się dokładnie w poprzednim miejscu i zerkał na Krzyśka.
Wyraźnie czekał na zakopanie w piachu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz