Mahatma Gandhi pisząc niemal o wszystkich kwestiach hinduizmu i bycia hindusem napisał też kilka zdań o indyjskich krowach. Tekst nosi tytuł "Poemat Współczucia". Gandhi wysławia w nim stosunek swoich rodaków do świętych krów. Europejczyk w Indiach nie może pojąć wielu rzeczy. Jedną z nich jest właśnie stosunek ludzi do zwierząt. Stosunek dwubiegunowy.
Tam gdzie określa go religia i tradycja jest pełen szacunku i zrozumienia, tam gdzie bieda i zacofanie jest nieludzki i okrutny. Ponieważ Indie w równym stopniu wypełnia religijność i tradycja co bieda i zacofanie na każdym kroku spotyka się przejawy obu postaw, wymieszane, a jedna i druga swoimi przejawami wprawia nas w osłupienie.
Oto krowy, kozy i psy, które są w miastach wszędzie, chodzą, śpią, jedzą i załatwiają swoje sprawy przez nikogo nie niepokojone. Pisząc wszędzie mam na myśli wszędzie.
Krowa z pomalowanymi rogami wewnątrz sklepu spożywczego, śpiąca ze swoim cielakiem na samym środku ruchliwego skrzyżowania, spacerująca po dworcowej poczekalni. Bezdomny pies wylegujący się na fotelu w barze albo rozłożony na boku w poprzek ulicy. Koza w niebieskim T-shircie spacerująca po nabrzeżu i zaczepiająca turystów.
Znakomita większość hindusów to wegetarianie nie jedzący zwierząt z powodów religijnych i ustępujący im zawsze drogi widziałem jednak bazarową atrakcję - ubraną, „tańczącą” małpę na łańcuchu, którą potem w bocznej uliczce kuglarz brutalnie rozbierał i wpychał do worka. Na wsi widywałem bawoły z nosem przebitym w poprzek kawałkiem kości. Kość była przywiązana do rogów tak że bawoły nie mgły pochylić głowy. Zimorodki i sowy stanowiące turystyczną atrakcję polegającą na możliwości uwolnienia ich z ciasnych, drucianych klatek, cielęta brodzące w śmieciach i jedzące foliowe torby – przyczynę ich masowej i okrutnej śmierci z powodu zatoru jelit, kalekie, przeżarte świerzbem, wychudzone psy pozostawione bez żadnej pomocy.
U nas nie do pomyślenia? Fakt! Kto dopuścił by do tego aby krowa łaziła sobie po mieście. W Warszawie próbował kiedyś łoś - został zastrzelony na oczach gapiów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 kwietnia 2010
sobota, 3 kwietnia 2010
małżeństwo po indyjsku czyli jak znaleźć żonę?
Kasta – z portugalskiego ‘casta’ oznaczająca gatunek, rasę, ród. Z łaciny „casus’ czyli czysty. Określenie to zostało po raz pierwszy użyte przez portugalskich podróżników na oznaczenie hierarchistycznego układu społecznego na subkontynencie indyjskim.I także dziś kasty istnieją.
Dla mnie najlepszym dowodem na to jest fakt, że jedynie 5% małżeństw zawieranych jest w dzisiejszych Indiach pomiędzy kastami.
To swoiste mezalianse, do których musi dochodzić jeśli młodzi ludzie z różnych kast uczą się w jednej klasie, są na jednym roku, a potem pracują jako lekarze w tym samym szpitalu.
To, że 5% społeczeństwa decyduje się zerwać z tradycją, poszukiwać męża/ żony na własną rękę odbierając ten przywilej rodzicom oznacza, że 95% młodych ludzi żyje i buduje rodzinę tak samo jak przed wiekami. Żonę znajdują rodzice lub swaci. Najważniejsze, żeby żona pochodziła z tej samej kasty. Dziś rodzice nie wysyłają posłańca po drugi koniec kraju ze wizerunkiem córki i zaproszeniem do starania się o jej rękę.
Dziś rodzice dają ogłoszenie w gazecie.
Informacja o tym, że Shija czy Amala szuka męża, pojawia się w ogłoszeniach prasowych. Rodzicie zamieszczają jej zdjęcie, opisują zalety i wykształcenie.
Ślub w Indiach to wydarzenie.
Stroje ślubne potrafią kosztować fortunę, posag jest w stanie zrujnować rodzinę, a uroczystości angażują cała wioskę. Po ślubie żona przenosi się do domu męża i nie ma lekko. Teściowa już zadba o to aby wiedziała, kto tu jest szefową.
Etykiety:
henna,
Indie,
indyjskie zwyczaje,
Indysjski ślub,
ślub w Indiach
alu gobi masala
Niby zwykłe ziemniaki z kalafiorem, a wychodzi całkiem niezwykłe danie.
Przygotuj następujące produkty:
0,5 kg ziemniaków
1 kalafior
Puszka krojonych pomidorów lub 4 łyżki koncentratu pomidorowego.
3 cm lub łyżeczka imbiru (świetnie, jeśli może być świeży)
1 łyżeczka kminku
1 łyżeczka kozieradki
1 łyżeczka chilli
1 łyżeczka curry
½ łyżeczki mielonego, czarnego pieprzu
Sól do smaku
Oliwa do smażenia
Wykonanie:
Ziemniaki obierz i pokrój na ósemki.
Kalafior umyj i podziel na różyczki.
Imbir obierz i drobno posiekaj.
Użyj głębokiej patelni lub garnka; rozgrzej oliwę, wrzuć ziemniaki i smaż przyrumieniając do momentu, aż zaczną lekko mięknąć. Wtedy dodaj kalafior, imbir i smaż do miękkości. Możesz dodać odrobinę wody i utrzymywać ziemniaki z kalafiorem na granicy smażenia i duszenia. Gdy warzywa będą miękkie dodaj pomidory.
Nie dodawaj pomidorów zbyt wcześniej bo w kwaśnym pomidorowym środowisku, ziemniaki będą miękły bardzo opornie.Razem z pomidorami dodaj przyprawy i sól do smaku.
Podawaj gorące.
Jeśli Alu Gobi nie jest nadmiernie ostra można ją jeść bez dodatków.
Bardzo ostrą polecam podawać z białym ryżem.
Etykiety:
Alu Gobi Masala,
Indie,
kuchnia indyjska,
masala
poniedziałek, 22 marca 2010
bhiksuka (भिक्षुक) - żebrak o białych zębach
Żebranina to w Indiach dużo powszechniejszy niż w Polsce sposób zdobywania pieniędzy. Znawcy tematu wskazują, że Indyjskie żebractwo to żebractwo zawodowe i przestrzegają w związku z tym przed dawaniem datków. Nie rozumem dlaczego (?). Nie godzę się z koncepcją, według której jedynie zajęcia pożyteczne, polegające na wytwarzaniu dóbr czy usług zasługują na nagrodę. Nie podzielam przekonania, że codzienny znój młodszego specjalisty ds. promocji batonów jest bardziej wartościowy, uczciwy i godny zapłaty niż klęczenie w upale i kurzu z pogiętą blaszanką w dłoni.
Spotykałem, jak każdy wędrujący po Indiach wielu żebrzących. Grupy kobiet, które obudzone nocą krokami spóźnionego przechodnia wysuwały dłonie spod burych koców i cichutkim, monotonnym głosem prosiły maa, maa (daj, daj); rozbiegane, wesołe grupki brudnych jak ulica dzieci zaczepiających starsze turystki; okaleczonych trądem i innymi chorobami inwalidów pełzających chodnikiem z głową na wysokości moich kolan; kolorowo malowanych ascetów i pielgrzymów okupujących schody świątyń.
Ale w pamięci szczególnie zapadł mi żebrak z Udaipur, siadający ze swoimi dwoma córeczkami w połowie mostu prowadzącego do naszego hotelu.
Inni żebracy, których widywałem mieli zmęczone, bolesne lub zobojętniałe twarze - ten patrzył na ludzi wesoło, skrzącymi się oczami i uśmiechał, jasno i promiennie pokazując w uśmiechu ładne białe zęby. Taki kontrast pomiędzy stanem posiadania a stanem ducha robił wrażenie.
Niedawno rozpoznałem go na zdjęciach robionych w wigilię święta Holi, Na jednym z nich, wraz z ubranymi odświętnie córkami wpatrują się z nadzieją w ogień tradycyjnego, ulicznego ogniska.
Życzę mu z całego serca jak najlepiej, aby bogowie chronili go przed pogardą innych, życzę by uzbierał dla siebie, dziewczynek i niewidomego żebraka z przeciwnej strony mostu, z którym dzielił się jedzeniem i zdobytymi ubraniami prawdziwą fortunę i aby tylko, już jako bogacz nie zapominał o swoim pięknym, pogodnym uśmiechu.
Spotykałem, jak każdy wędrujący po Indiach wielu żebrzących. Grupy kobiet, które obudzone nocą krokami spóźnionego przechodnia wysuwały dłonie spod burych koców i cichutkim, monotonnym głosem prosiły maa, maa (daj, daj); rozbiegane, wesołe grupki brudnych jak ulica dzieci zaczepiających starsze turystki; okaleczonych trądem i innymi chorobami inwalidów pełzających chodnikiem z głową na wysokości moich kolan; kolorowo malowanych ascetów i pielgrzymów okupujących schody świątyń.
Ale w pamięci szczególnie zapadł mi żebrak z Udaipur, siadający ze swoimi dwoma córeczkami w połowie mostu prowadzącego do naszego hotelu.
Inni żebracy, których widywałem mieli zmęczone, bolesne lub zobojętniałe twarze - ten patrzył na ludzi wesoło, skrzącymi się oczami i uśmiechał, jasno i promiennie pokazując w uśmiechu ładne białe zęby. Taki kontrast pomiędzy stanem posiadania a stanem ducha robił wrażenie.
Niedawno rozpoznałem go na zdjęciach robionych w wigilię święta Holi, Na jednym z nich, wraz z ubranymi odświętnie córkami wpatrują się z nadzieją w ogień tradycyjnego, ulicznego ogniska.
Życzę mu z całego serca jak najlepiej, aby bogowie chronili go przed pogardą innych, życzę by uzbierał dla siebie, dziewczynek i niewidomego żebraka z przeciwnej strony mostu, z którym dzielił się jedzeniem i zdobytymi ubraniami prawdziwą fortunę i aby tylko, już jako bogacz nie zapominał o swoim pięknym, pogodnym uśmiechu.
Etykiety:
Indie,
żebracy,
żebracy w Indiach,
żebranina
niedziela, 21 marca 2010
kobiety rządzą
Pozycja kobiet w hinduizmie jest typowa dla społeczeństwa patriarchalnego.
Kobieta powinna być podporządkowana mężczyźnie; najpierw ojcu, potem mężowi.
Gdy będąc na policji w Bharatpur spisywaliśmy swoje dane, Piotrek podał imię ojca, ale ja już musiałam podać imię męża.
Jednym ze wstydliwych aspektów hinduizmu, o którym wspominał Ghandi czy inni hinduscy reformatorzy, było tradycyjne palenie wdów. Już oczywiście od dawna zabronione.
Kobieta upokarzana po śmierci męża nawet przez najbliższą rodzinę, czasem sama decydowała się dołączyć do zmarłego na stosie. SATI -tak nazywa się zwyczaj popełniania przez wdowę samobójstwa, to także sposób na uwolnienie zmarłego męża od grzechów. Kobieta żyła dla męża i umierała dla niego. Sama - w społeczeństwie hinduskim niewiele znaczyła.
Tradycyjne BINDI noszone na czole przez hinduski, dziś jest często zwykłą ozdobą jednak w wielu regionach Indii oznacza także, że nad kobietą noszącą je, ma pieczę mężczyzna – ojciec lub mąż.
Rola kobiety w rodzinie jest jednak znacząca.
To one często trzymają kasę, planują wydatki. Muszą zmagać się z życiem za swoich nieudolnych i leniwych mężów. Wrzeszczą na nich. Potrafią zdzielić ścierką czy uderzyć w twarz.
Widziałam matkę prowadzącą sklep, której syn wydając mi reszty rozsypał pieniądze i najpierw dostał w twarz, potem jeszcze klapkiem zdjętym z nogi był parę razy zdzielony w kark.
On tylko osłaniał się przed razami, a matka krzyczała, zawodziła i głośno skarżyła się jakiego to ma syna-osła, który wysypał pieniądze i teraz całą rodzinę czeka nieszczęście.
Byłam też świadkiem jak gospodyni naszego guesthouse’u podeszła do klienta z Niemiec jedzącego kolację przy sąsiednim stoliku i najpierw bardzo go przeprosiła, że nie ma piwa, które specjalnie dziś dla niego kupiła, tak jak prosił, ale….
…i tu nastąpiło kilkunastominutowe zawodzenie, jakiego to ma głupiego męża nieudacznika, lenia i pijaka, który z kolegą wypił piwo klienta.
I nawet jak już wróciła do kuchni to co chwila słychać było wrzask, że – „A to bałwan!”, - „A to pijaczyna” – „A to - ja już mu dam piwo!”
I to wcale (jak mogłoby się wydawać) nie był jakiś obibok, żyjący na garnuszku żony.
Normalny facet w średnim wieku, pracujący. Tyle że w domu miał słaby PR:)
Etykiety:
bindi,
Indie,
palenie wdów,
patriarchat,
pozycja kobiet,
rola kobiet,
sati
sobota, 13 marca 2010
widokówka z Taj Mahal
W XVI-XVIIw. czerwony fort w Agrze był siedzibą cesarskiego dworu Mogołów. Zbudowany przez cesarza Akbara, rozkwitł za czasów Sahdźahana.
Ogromne, zdobione pomieszczenia, dziedzińce i galerie, ogrody z basenem wypełnianym do kąpieli cesarzowej płatkami róż.
Harem, łaźnie, pawilony do oglądania walk słoni – to za czasów dynastii Mogołów zwykłe pomieszczenia mieszkalne.
Przestronne i wygodne… tylko ten krajobraz za oknami taki nizinny, monotonny.
Przydałby się jakiś ciekawy detal, tak żeby oko zawiesić.
Taj Mahal – imponująca, bogato zdobiona budowla wzniesiona pół wieku później, po śmierci ukochanej żony Sahdźahana wygląda rzeczywiście przepięknie z okien twierdzy Agra.
Etykiety:
Agra,
Indie,
Tadź Mahal,
Taj Mahal,
twierdza Agra
veg biriani
Robi się ją szybko i nie trzeba do niej żadnych wyszukanych składników.
Poniżej opisuję wersję bardzo podstawową. Można ją dowolnie rozbudowywać dodając inne warzywa np. cukinię, seler naciowy, pomidory czy grzyby.
Biriani nie musi być wegetariańskie. Można dodać gotowaną pier kurczaka (chicken biriani) czy jajka ugotowane na twardo (egg biriani).
Przygotuj:
Ugotowany ryż
1 Cebulę
2 Ząbki czosnku
Ostrą papryczkę drobno pokrojoną
Przyprawy: cynamon, imbir, kardamon, pieprz, sól, kolendrę.
Cebulę, czosnek i marchewkę pokrój w talarki (ew. marchewka może być pokrojona w słupki)
Cebulę i czosnek podsmaż na złoty kolor, dodaj marchew i smaż przez chwilę, a następnie podlej odrobiną wody, przykryj i duś do miękkości marchwi.
Następnie dodaj przyprawy, papryczkę i smaż całość przez minutę.
Na koniec dodaj ryż i nadal smażąc dokładnie wymieszaj.
Podawaj gorące.
Do biriani pasuje sałatka z pomidorów z cebulą i cytryną albo raita ogórkowa.
Etykiety:
biriani,
biryani,
Indie,
kuchnia indyjska,
potrawy wegetariańskie
wielkie odkrycie - Bharatpur
Zatrzymaliśmy się tam, bo po hałaśliwym pielgrzymkowym Waranasi, chcieliśmy uniknąć tłumnej Agry z Taj Mahal i czerwonym fortem.
Poza tym w Bharatpur jest ptasi park narodowy, więc uznaliśmy, że to dobra baza wypadowa w oba miejsca.
Aż trudno uwierzyć, że kilkadziesiąt kilometrów od Agry, do której ściągają turyści z całego świata, jest sobie miasteczko, w którym turysta, cudzoziemiec, biały - jest sensacją.
Taką sensację wywoływaliśmy, gdy szukając kafejki internetowej szliśmy przez miasto czy gdy zatrzymalimy się żeby porozmawiać na ulicy z hindusem.
Każdy, kto przechodził chciał zobaczyć co robimy i o czym mówimy.
Zanim się więc obejrzeliśmy, dookoła nas ustawił się tak spory tłumek, że zaczął tamować ruch na jezdni.
Trudno też uwierzyć, że kilkadziesiąt kilometrów od światowej sławy Taj Mahal stoi sobie pałac. Bogaty... i pusty.
Pałac miejski w Bharatpur, który aż dech zapiera, a ustawione na dziedzińcu rzeźby z 2-3 wieku zwalają z nóg.
A najtrudniej uwierzyć, że w tak pięknym miejscu jedynymi turystami jestesmy - MY!
Gdzie są wszyscy ?
Ci wszyscy stęsknieni historii, sztuki i pięknej architektury.
A tak, tloczą się w kolejce do kasy niedaleko stąd - w Taj Mahal.
edukacja
Prawie 40% to analfabeci.
Jak taką rzeszę wyedukować, objąć obowiązkiem szkolnym, szczególnie, że znacząca część żyje na skraju ubóstwa; bez środków do życia, bez adresu (nie mówiąc już o książkach dla dzieci)?
Jak przekonać biedaków, że edukacja ich dzieci jest ważniejsza niż dzisiejsze żebranie na ulicy, żeby zdobyć pieniądze na obiad?
Indie starają się dotrzeć z edukacją do jak największej liczby ludzi.
Wszędzie -ogromna liczba szkół.
Wieczorowe kursy, którymi władze starają się objąć dzieci z ubogich rodzin (gdy zarobią już na obiad dla rodziny).
Szkoły językowe, kursy zawodowe – to zwykły krajobraz Indii.
Wejdź w małą uliczkę w niedużym mieście – a gwarantuję, że na co drugim domu znajdziesz szyld „english school”.
Reklamy w telewizji i prasie to w dużej części reklamy szkół, uczelni czy programów inwestycyjnych zapewniających środki na edukację dzieci.
„- Chcesz poprawić swoje życie?
- Chcesz zapewnić dostatek dziecku?
- Przyjdź do naszej szkoły!
- Zainwestuj w wyksztalcenie dzieci!"
I co rano, ze wszystkich stron dzieci schodzą się do szkoły.
Chłopcy w starannie wyprasowanych mundurkach. Dziewczynki w sari, w kolorach szkoły. School Bus’y czy grupki dzieci dowożone rikszami do szkół.
Rodzice, opowiadając o szkole syna, mówią o niej z szacunkiem, jak o ważnej instytucji.
Bo wiedzą, że szkoła jest ważna.
Dziś Indie stają się potęgą rekrutacyjną dla firm z całego świata.
Jeszcze bardzo tania siła robocza, a już miliony dobrze wyksztalconych ludzi.
Branże, w których widać coraz większy udział pracowników z Indii, to IT czy Obsługa Klienta.
Indyjskie Call Center wysyła ludzi na kursy akcentu, po czym zapewnia pracowników do obsługi klientów z Anglii czy Stanach Zjednoczonych.
Klientów, nie mających pojęcia, że pracownik z którym właśnie rozmawiają nie siedzi przy telefonie w sąsiednim mieście, tylko na drugim końcu świata - w Bangalore!
Etykiety:
Analfabetyzm,
Edukacja,
Indie,
Szkolnictwo
niedziela, 7 marca 2010
mix veg pakora
Traktowane są jako przystawka i są odpowiednikiem japońskiej tempury czy śródziemnomorskich kalmarów w cieście.
Składniki:
Cebula i czosnek
1 łyżeczka musztardy
Szczypta chilli
Jogurt naturalny – 1 opakowanie
Mąka (3-4 łyżki)
Dowolne warzywa np. bakłażan, kabaczek, cebula, listki szpinaku
Przygotowanie ciasta:
Cebulę i czosnek drobno pokroić, dodać musztardę, chilli, sól i jogurt.
Całość zmiksować dodając stopniowo mąkę.
Ciasto powinno mieć konsystencję ciasta naleśnikowego.
Warzywa pokroić na cienkie plastry, zanurzyć w cieście i smażyć na patelni w głębokim tłuszczu.
Gdy placuszki będą rumiane, zdjąć z patelni i od razu podawać.
Etykiety:
Indie,
indyjskie smaki,
kuchnia indyjska,
pakora,
veg pakora
herbata i papierosy, a więc jesteśmy na policji
- Zrobili nas jak dzieci – złości się Piotrek.
W pociągu ukradli nam aparat. Na szczęście poprzedniego dnia wieczorem zgraliśmy wszystkie nasze zdjęcia na Krzyśka dysk.
- Przynajmniej nie straciliście zdjęć z Andamanów… to tylko aparat – pociesza nas Klaudia.
Gdy dojechalismy rano do miasta, od razu na dworcu poszlismy na posterunek zgłosić kradzież.
Przed komisariatem, na dworze stoi stolik.
Przy stoliku siedzi policjant w cywilnych ciuchach i czyta gazetę. Za policjantem wisi tabliczka z napisem: „May I help you?”
Podchodzimy i Piotrek wyłuszcza co się stało.
Policjant patrzy na nas i nic. My też milczymy.
Do stolika podchodzi inny policjant więc powtarzamy co się wydarzylo.
Obaj policjanci patrzą to na siebie, to na nas i nic.
My też milczymy.
Gdy po raz czwarty tłumaczymy co się stało, któryś z policjantów wreszcie wpada na pomysł - „A jak się nazywacie?!”
- "Właśnie, niech spiszą jak się nazywają" – podali Piotrkowi kartkę i kazali spisać dane, z dokładny adres, imiona ojców (to u mężczyzn) i imiona mężów ( to u mnie i Klaudii).
Ktoś prosił jeszcze o kastę, ale ktoś inny wyjaśnił mu, że to przecież biali, więc oni w ogóle nie mają kast.
W czasie, gdy towarzyszylo nam już 6 policjantów, któryś zerwał się, pobiegł w kierunku dworca i wrócił po chwili z herbatą dla nas.
W czasie, gdy było już 8 policjantów – ktoś zaproponował nam przejście do świetlicy bo tam leci fajny film i może chcielibyśmy zobaczyć.
W kulminacyjnym punkcie, otaczało nas 11 policjantów.
W międzyczasie któryś z policjantów wziął od nas paszporty, wsiadł na motocykl przystrojony trochę jak wielbłąd (w dywan z długim włosem od kierownicy po koniec siedzenia) i pojechał do miasta zrobić ksero.
Inny po chwili skoczył na dworzec i przyniósł dla nas paczkę papierosów. Zmartwił się, że nie palimy bo chcial nas ugościć, a my tu nie palimy.
Najlepsze było na końcu, gdy Piotrek spisał już swoje zeznania i trzeba je było przenieść do formularza z protokołem.
Z jakiegoś powodu potrzebne było 6 egzemplarzy.
Na posterunku nie było maszyny do pisania, nie mówiąc już o komputerze. Wszystkie 6 egzemplarzy zostały więc spisane ręcznie.
Kto tego nie widział na własne oczy, pewnie mi nie uwierzy:
Przy stole usiadło trzech policjantów, każdy z dwiema kartkami i kalką. Kalkę włożyli pomiędzy kartki i całość równiutko spięli szpilkami. Czwarty czytał na głos zeznanie po angielsku, trzech pisało.
Czytający znał angielski, piszący – nie.
Czytający literował każde słowo, piszący zapisywali. Czasem prosili o powtórzenie, czasem prosili żeby czytać wolniej.
W ten oto sposób już po godzinie mieliśmy 6 egzemplarzy zeznań.
Wszystko zostało podpisane, Piotrek dostał jedną kopię i wreszcie zaledwie po 4 godzinach spedzonych przy stoliku przed posterunkiem moglimy odejsć.
Jeszcze tylko Krzysiek zapytał czy może zrobić zdjęcia.
Policjanci rozpromienili się, zaczęli pozować, podawali sobie i nam ręce, przybijali piątki.
W sumie odwalili kawał dobrej roboty – przyjęli zeznanie od białych.
A nie było łatwo.
Niejeden, gdy wróci wieczorem do domu, opadnie ciężko na fotel i westchnie - "Ale ciężki dzień dzisiaj miałem w robocie”
Etykiety:
Indie,
kradzież,
kradzieże w pociągu,
Udajpur,
Waranasi
manikarnika ghat
Jest piąta rano. Jeszcze ciemno.
Z hotelu zabierają nas 2 riksze i jedziemy nad Ganges.
Bogini Ganga – uosobienie świętej rzeki Gangesu przyciąga o świcie tłumy pielgrzymów, którzy modlą się i dokonują rytualnych kąpieli.
Waranasi, w którym właśnie jesteśmy (inaczej Kaśi lub Benares) to jeden z większych i starszych ośrodków pielgrzymkowych.
Ma 3 tys. lat i ponad 2 tyś świątyń. 90 z nich położonych jest jedna koło drugiej, na niemal 6 kilometrach wzdłuż rzeki.
Wg mitu, Śiwa dopuścił się grzechu; w gniewie odciął piątą głowę boga Brahmy. Ucięta głowa przylgnęła do jego ręki i mimo upływu lat Śiwa nie mógł się od niej uwolnić. Dopiero Wisznu poradził aby ten udał się na brzeg świętej Gangi, której wody oczyszczają z grzechów.
W miejscu gdzie Śiwa dokonał rytualnej kąpieli, powstało święte miasto Waranami.
Na brzegu Gangesu przesiadamy się na łódź.
Od strony rzeki, w czasie gdy wstaje dzień, oglądamy miasto.
Świątynia koło świątyni.
Z każdej, od kaplicy do samej wody prowadzą schody. To Gathy. Miejsca święte. Miejsca zejścia do wody i rytualnych modlitw.
Gdy wschodzi słońce, wyraźnie widzimy, że Gathy różnią się między sobą. Tradycyjnie, każde nabrzeże ma swój charakterystyczny kolor. I rzeczywiście Gath Dżanki wyróżnia się czerwienią stopni, Ghat Darbahanga złoci się w słońcu, a Ghat Manikarnika… ginie w dymie.
Manikarnika to jeden z 2-ch Gathów pogrzebowych.
To tu odbywają się hinduistyczne kremacje zwłok. Na schodach można zobaczyć palące się stosy, ciała zmarłych w całunach czekające na swoją kolej czy grupy ludzi (rodzinę, znajomych), żegnających się ze zmarłymi.
Umrzeć w Waranasi !
To najbardziej pożądane miejsce śmierci.
Kremacja dla wyznawców hinduizmu jest konieczna, aby dusza mogła się uwolnić od ciała i ruszyć w dalszą drogę. Kremacja w świętym Waranasi skraca drogę i pozwala dotrzeć duszy prosto do nieba.
Umrzeć w świętym Waranasi jest tak bardzo pożądane, że zdarza się, że starzy ludzie przyjeżdżają tu przed śmiercią.
Być skremowanym w Waranasi – to kosztowna zachcianka. Jednak widziałam wiele rodzin, które przywoziły swoich zmarłych do tego świętego miejsca.
W okolicach Gathu Manikarnika spotkaliśmy kiedyś hindusa – wolontariusza, który opowiadał nam o przytułku dla umierających, w którym pracuje.
To dom dla biedaków. Samotni starcy także docierają tu by umrzeć, a wolontariusze karmią ich, robią masaże i pozwalają umrzeć, a po śmierci uczestniczą w pogrzebie.
- Praca przy umierających to moja ofiara bogom – tłumaczył nasz rozmówca, wolontariusz. – Dobre uczynki, pomoc starcom wrócą do mnie w postaci dobrej karmy.
My też składamy ofiarę.
Kupujemy kaganki z kwiatami i ogniem i puszczamy je na wody Gangesu.
Ofiara dla więtej Gangi.
Etykiety:
Banares,
Bogini Ganga,
Ganges,
Indie,
Kaśi,
rytualne kąpiele,
rytualne kremacja zwłok,
święte miasto,
Waranasi
sobota, 6 marca 2010
annapurna restaurant czyli z wizytą u szefa.
Czas – luty, zaraz po przyjeździe do miasta i zameldowaniu się w hotelu - zrobila się godz 13:00.
Stan żołądków – puste. Niektórzy z nas jedli rano w pociągu śniadanie, inni nie.
Jesteśmy więc w nowym mieście, głodni jak wilki.
W hotelu wskazali nam pobliską restaurację, idziemy wg instrukcji i widzimy, że na schodach budynku przed nami stoi człowiek w liberii i macha do nas.
To chyba tu mamy cos zjeść.
Siadamy, karta, zamówienie, jemy, płacimy…
Podchodzi do nas kelner i pyta czy mamy chwilę czasu.
???
I czy możemy poświęcić chwilę jego szefowi?
Zgadzamy się i jesteśmy prowadzeni do biura.
Wcześniej jednak wchodzimy do kuchni.
Kelner przedstawia nam kucharza, pokazuje piec tandoori do wypieku placków, kucharz pozuje nam do zdjęcia…. i idziemy dalej.
Przechodzimy przez tajemnicze korytarze, patio i wchodzimy do budynku biurowego.
Jeszcze tylko zdejmujemy buty przed wejściem do biura i wchodzimy.
Za biurkiem siedzi 60-letni mężczyzna. Szef!
Chwila zamieszania bo jest tylko 5 krzeseł a nas jest 6-cioro. Rajmund chce stać, ale nie, nie można – wszyscy mają siedzieć więc zostaje doniesione krzesło.
Rozmowa wstępna jest bardzo typowa dla Indii. Skąd jestemy, jak sie nazywamy, Czym się zajmujemy, jaki jest nasz zawód. Gdzie bylimy w Indiach i dokąd jedziely póżniej.
Po tym wstępie właściciel restauracji chce wiedzieć co jedliśmy – każdy opowiada co zamówił i jak mu smakowało.
A co można by poprawić? – Piotrek wytyka długie czekanie i podawanie dań jedno po drugim , zaczynając od sałatki i kończąc na ryżu, zamiast razem (to szczególnie dotkliwe gdy zamawiasz curry i ryż i sałatkę)
Właściciel chce wiedzieć czy próbowaliśmy deserów – no nie próbowaliśmy więc zostajemy poczęstowani słodkimi ciasteczkami ze srebrem. Szef ma sieć cukierni produkujących takie ciasteczka. Wyraźnie jest z nich dumny.
Rozmawiamy o wegetarianizmie.
Szef opowiada nam o zasadzie ahinsy (nie krzywdzenia istot żywych). Ortodoksyjni Hindusi z wyższych kast są wegetarianami. Należy do nich nasz gospodarz. Uważa on, że spożywanie mięsa powoduje skalanie. Dlatego żadne produkty mięsne nie są przygotowywane w jego restauracji.
- Nawet komary mają prawo żyć – kończy swój wywód na temat nie krzywdzenia.
Wcześniej odganialiśmy latające komary, teraz siedzimy cierpliwie znosząc gryzienie.
Nie wypada nam zabijać komarów gdy jest mowa o nie krzywdzeniu.
Już prędzej sami będziemy skrzywdzeni niż skrzywdzimy innych.
Etykiety:
Annapurna Restaurant,
Budda Hotel.,
Indie,
Waranasi
kalkucka jazda
Kalkuta – to jest jazda!
Ogromna metropolia (15 mln. mieszkańców) z największymi chyba kontrastami jakie widziałam w Indiach.
Tłumy ludzi, zatłoczone ulice, hałas, smog.
Najpiękniejsze riksze w Indiach, wymalowane w kwiaty autobusy wypełnione ludźmi po dach (dosłownie).
Slumsy nie tylko na obrzeżach miasta, ale też wzdłuż ulic, w które zapuściliśmy się przypadkiem w poszukiwaniu restauracji.
Jednak ludzie tu żyją.
Pracują, przemieszczają się, chodzą do kina i na zakupy. Żyją jak na całym świecie, mają swoje radości i smutki. Martwią się, stresują w pracy, dbają o swoje dzieci…
Ludzie tu żyją.
Śpią w kartonowych pudłach podwieszonych na słupach latarni. Zbierają śmieci na ulicy. Zasypiają z głową wprost na chodniku koło przejeżdżających samochodów.
Że też ludzie tu żyją!
W tym tłoku i hałasie, gdzie każdy pojazd jest tym ważniejszy im pewniej zajeżdża drogę innym. I tym ważniejszy im głośniejszy.
Gdzie taksówka która jechaliśmy była ważniejsza niż riksze, ale nie miała siły przebicia w starciu z autobusem.
Gdzie każdy trąbi na każdego, gdzie siedząc w samochodzie zastanawiasz się kiedy dojdzie do stłuczki z ciężarówką czy masz szansę przeżyć to starcie i dziwisz się, że nie dochodzi nawet do kolizji.
Gdzie idąc ulicą zaczepiają Cię ludzie, którzy bardzo chcą ci coś sprzedać.
Gdzie podchodzą do Ciebie żeby zapytać skąd jesteś.
Gdzie proszą Cię żeby zrobić im zdjęcie czy żeby powiedzieć że sklep frienda za rogiem jest najlepszy i najtańszy i koniecznie musisz tam pójść i zobaczyć.
Uff, dotarliśmy wreszcie na dworzec.
Tu całe rodziny siedzą na ziemi, na rozłożonych kocach. Jedzą, śpią i czekają na swój pociąg.
Zostawiam wszystkich w kolejce do przechowalni bagaży i idę sprawdzić z którego peronu odjeżdżamy.
W informacji falujący tłum.
Pani w okienku każe mi wejść do środka. Tam przejmuje mnie człowiek, który zanim odpowiedział na pytanie wykonał 2 telefony, a następnie rozrysował na tablicy cały skład tłumacząc w którym kierunku pociąg wjedzie na peron i w którym sektorze będzie nasz sypialny wagon.
Bardzo szczegółowo odpowiedział na moje pytania, ale niestety nie były to odpowiedzi trafne. Z wyjątkiem (całe szczęście) numeru peronu.
masala tea
Herbatę w Indiach pije się z mlekiem i cukrem.
Jeśli ktoś ma ochotę na czarną i bez cukru, to musi to bardzo wyraźnie powiedzieć, najlepiej powtarzając jeszcze raz z akcentem na black i no sugar – inaczej i tak przyniosą z mlekiem i cukrem.
Masala tea - to herbata nie tylko z mlekiem i cukrem, ale także z przyprawami.
Składniki na 4 filiżanki masala tea:
Herbata czarna Assam (drobno kruszona) – 4 łyżeczki
Woda – 3 filiżanki
Mleko – 2 filiżanki
Cukier – do smaku (herbata powinna być wyraźnie słodka)
Gotowa mieszanka masala tea – 1 łyżeczka lub niewielka szczypta każdej z przypraw: suchy imbir, czarny pieprz, gałka muszkatołowa, kardamon, goździki, cynamon
Zagotować 3 filiżanki wody.
Do gotującej wody wsypać herbatę i parzyć przez 3-5 minut.
Odfiltrować fusy, dodać 2 filiżanki mleka, cukier i przyprawy. Wymieszać. Trzymać na ogniu do zagotowania mleka i od razu podawać.
Smacznego!
Etykiety:
herbata assam,
herbata z przyprawami.,
Indie,
masala tea
czaj, czaj....
Podróżowaliśmy nocą.
Okazało się, że gdy do przejechania są setki kilometrów, a podróż ma trwać 10-14 godzin, to najlepiej podróżować nocnym pociągiem.
W Indiach rozpowszechnione są pociągi z wagonami sleeper. Jeżdżą na każdej dłuższej, nocnej trasie.
Sleeper’y są wygodne bo wsiadasz do pociągu wieczorem, całą drogę śpisz, a rano wysiadasz w miejscu przeznaczenia. Podróż nie dłuży się, bo przesypiasz ją na leżąco. I nie mów, że nigdy nie zasnąłbyś w pociągu. Piotrek też tak twierdził, a zasypiał pierwszy i budził się ostatni.
Do tego kompletnie zbędny jest suchy prowiant na drogę.
Daruj sobie robienie kanapek czy zabieranie termosu z herbatą.
Na każdej stacji, przez całą noc możesz kupić każdy rodzaj jedzenia. Masz ochotę na samosy – są samosy. Masz ochotę na veg kotlet - jest i kotlet.
W większych składach są całe ekipy zaopatrujące podróżnych w ciepłe jedzenie. Gdy pociąg rusza, zaraz zjawi się ktoś, kto weźmie od ciebie zamówienie na ciepłą kolację. Rano możesz kupić na miejscu śniadanie.
Na każdej stacji można na chwilę wysiąść i kupić jedzenie, nie chcesz wysiadać – sprzedadzą Ci przez okno.
Moje wspomnienie nocnej jazdy pociągiem do melodyjne „czaj, czaj…” zbliżające się i oddalające przez niemal całą noc.
W tę i z powrotem chodzą sprzedawcy słodkiej, gorącej herbaty z mlekiem. W ręku niosą czajnik i małe plastikowe szklaneczki.
Powtarzane „czaj, czaj….” i rytmiczny stukot kół pociągu – to melodia, która usypiała mnie jak kołysanka podczas nocnych podróży. Jeszcze teraz ją słyszę.
Etykiety:
Indie,
kolej indyjska,
pociągi nocne,
sleeper
biurokracja i tyle!
Nie da się ukryć, że w Indiach panuje biurokracja.
Bardzo rozbudowana biurokracja!
Pierwsze i ostatnie formularze jakie należy wypełnić to karty migracyjne. Ta sama przy przyjeździe i odjeździe. Do tego przy przyjeździe kazano nam dodatkowo wypełnić informację na temat kontaktu z grypą.
Niektóre karty są skrupulatnie zbierane (zastanawiam się co dalej z nimi robią), a niektóre nie (karty grypowej nikt od nas nie wziął, chociaż wcześniej urzędnik sprawdził czy na pewno ją wypełniliśmy).
Kolejna masa rubryczek do wypełnienia to karta telefoniczna.
Tu poza podaniem danych trzeba dołączyć kopię paszportu i zdjęcie. Ciekawe do jakiego urzędu są przesyłane te papiery i po co. Ciekawe też jak długo są archiwizowane (bo po miesiącu już nas nie będzie w kraju, a karta telefoniczna trafi do koszta). Zostanie jednak po nas ślad; plik wypełnionych formularzy z załącznikami
Meldowanie w hotelu to także nie przelewki. Z reguły mają w hotelach przepastne księgi meldunkowe, gdzie poza danymi osobowymi należy wpisać skąd się przyjechało. Skąd - nie oznacza, z jakiego kraju (to też, ale w osobnej rubryczce). Skąd - oznacza z jakiego miasta w Indiach przyjechałam do tego miasta, w którym się melduję. Oczywiście też kiedy i na jak długo oraz gdzie będę jechała dalej.
Chcesz kupić bilet na pociąg? Oczywiście, bardzo proszę, tu jest formularz do wypełnienia.
Należy wpisać nazwiska i numery paszportów wszystkich podróżujących. Potrzebny jest też dokładny adres w ojczystym kraju i telefon i adres mailowy (?) osoby wypełniającej formularz.
A jeśli chcesz odwiedzić niestandardowe miejsca (mam na myśli Andamany i Nikobary) to musisz być przygotowany do tego, że najpierw występujesz o permit, potem dostajesz permit, a potem pamiętaj, że ten dokument jest na wyspach ważniejszy od paszportu.
Bez permitu nie zameldujesz się w resorcie, nie wypożyczysz skutera, a nawet nie kupisz biletu powrotnego na stały ląd.
Tak, papierów w Indiach wypełnialiśmy sporo.
I nie jest ważne co jest wpisane w rubryki. Tekst może być dowolny. Ważne natomiast jest żeby każda rubryka była wypełniona.
Dlatego, gdy odebrałam bilety na prom z Havelocka do Port Blair wcale się nie zdziwiłam, że bilety zostały wystawione dla 4-rech osób, na nazwiska: Dorota / Klaudia K / Wojewoda Mazowiecki / Piotr Karol.
Etykiety:
biurokracja indyjska,
Indie,
permit na Andamany
indyjska karta dań
Nigdy nie byłam w stanie zapamiętać, który placek jest którym czy też co dostanę gdy zamówię którąś z masali.
Dziś wiem, że podobnie jak w kuchni chińskiej czy wietnamskiej mnogość dań to wariacje na temat ograniczonej liczby składników. Różne zestawianie, różne przyprawianie czy też różne sposoby przyrządzenia zamieniają ziemniaki, pomidory, ryż, mąkę, cebulę, kabaczki, kalafior czy szpinak w dziesiątki osobnych, egzotycznych dań.
Te same składniki, więcej – ten sam sposób przygotowania i zagniecenia ciasta, pozwalają powstać plackom chapati – jeśli usmaży się je bez tłuszczu lub upiecze w piecu tandoori lub puri jeśli usmaży się je na tłuszczu.
Jak zmienić ryż w przynajmniej kilka różnych dań?
Wystarczy usmażyć go z kminkiem lub cebulą, dodać warzywa i przyprawy tworząc veg biriani lub ryby, owoce morza, mięso i wtedy powstają odpowiednio fish biriani, shrimp biriani, chicken biriani i tak niemal bez końca.
Dla mnie ryż jako dodatek do niesamowicie aromatycznych masali i curry istniał wyłącznie w postaci czystej (plain).
Także poza dwoma wyjątkami gdy zdecydowałam się zamówić mięso (raz kurczaka, raz baraninę) trzymałam się zasady: nie jeść mięsa w Indiach!
Moja prywatna koncepcja na temat przyrządzania mięsa przez hindusów jest taka, że nie potrafią tego robić. To kraj wegetarian (hindusi nie jadają wołowiny, muzułmanie wieprzowiny), wiele restauracji reklamuje się jako wegetariańska i wolna od wszelkiego mięsa, więc skąd mieliby umieć!
Warzywa to co innego.
Próbując dań warzywnych, trzeba przyznać, że są mistrzami. (tu my powinniśmy brać korepetycje z przyrządzania ziemniaków czy szpinaku, szczególnie jeśli indyjskie dania z warzyw porównamy z naszymi tluczonymi ziemniakami czy papkami szpinakowymi lub buraczanymi).
I nie tylko ja tak myślę. W Radżasthanie, w co drugim hotelu prowadzone są kursy gotowania dla turystów.
Dania, które już potrafię zrobić to:
Veg biriani (danie z ryżu i warzyw)
Alu Gobi masala (masala z ziemniaków i kalafiora)
Palak Paneer Masala (masala z sera i szpinaku).
Muszę się jeszcze koniecznie nauczyć robić Malai Koftę (kotlet warzywny w sosie).
Piotrek po powrocie do kraju odtworzył swój ulubiony Paneer Butter Masala (masalę serowo-maślaną z pomidorami i jogurtem.) Wyszła całkiem-całkiem.
Mamy jednak pewną tajemnicę przyrządzania indyjskich dań.
Może nie powinnam jej zdradzać, ale… co mi tam!
…to książka kucharska kupiona w Delhi i cała szuflada indyjskich przypraw;)
Etykiety:
Alu Gobi Masala,
curry,
Indie,
kuchnia indyjska,
masala,
Palak Paneer Masala,
Paneer Butter Masala.,
Radźastan
piątek, 5 marca 2010
kobiety z rybami
Targ rybny powstaje na skraju ulicy codziennie po południu.
Niespodziewanie i szybko parę metrów pobocza zajmują kobiety z rybami.
Schodzą się z różnych stron, czasem pojedynczo, czasem grupkami, wszystkie w bardzo strojnych, kolorowych sari.
Nie jest ich dużo. Wszystkiego kilka kobiet w różnym wieku. Każda niesie na głowie duży, płaski kosz.
Kosze wypełnione są rybami. Różnej wielkości i w różnych kolorach; małe czerwone rybki, srebrne, błyszczące szprotki, ale też duże, tłuste tuńczyki.
Poza koszem na głowie nic więcej nie niosą i idą z pustymi rękami. No czasem jedną ręką przytrzymują kosz, ale częściej ręce zwisają swobodnie nie obciążone żadnym bagażem.
Gdy kobiety zaczęły schodzić się obserwuję ich ruchy. Płynne, sprawne, bez zbędnego wysiłku. Rozkładanie straganów z rybami odbywa się szybko, bez słowa, jakby każdy ruch był wypracowany i udoskonalany przez pokolenia. Gdy kobieta z koszem na głowie dochodzi do miejsca sprzedaży, natychmiast koło niej pojawia się inna. Chwyta za kosz i wspólnie z właścicielką kosza zdejmuje go z głowy i stawia na chodniku.
Wszystko odbywa się bez słowa.
Teraz widzę wyraźnie, że kosz nie był niesiony na głowie.
Każda z kobiet pod swoim koszem ma coś co wygląda jak poduszka. Miękka, zmieniająca kształt i pozwalająca balansować pozycję koszta tak, aby zawartość nie spadła na ziemię.
Kobieta, której przed chwilą ktoś pomógł zdjąć kosz z glowy, teraz staje przed koleżanką i robi dokładnie to samo. Chwyta kosz i delikatnie zestawia na ziemię.
I znowu wszystko odbywa się w milczeniu. Kobiety skupione są na pracy, nie ma czasu na rozmowy.
Żadna z kobiet nie prosi inną o pomoc. Pomoc przychodzi sama, dokładnie w tym momencie gdy jest potrzebna.
Niektóre z kobiet obok swoich koszy rozwijają folię. Będą na nich oprawiać ryby. Oprawiane są tylko duże ryby. Małe sprzedawane są w całości, większe są patroszone lub (jak tuńczyki) sprzedawane na steki.
Patrzę na kobiety uwijające się przy swoim straganiku i myślę, że w tym miejscu drogi przed chwilą nie było jeszcze nic. Teraz, w mgnieniu oka powstał tu targ rybny.
Co chwila zatrzymuje się samochód lub motocykl czy skuter i wtedy kobiety przekrzykują się zachwalając swój towar.
Gdy któraś tylko zobaczy, że ktoś zainteresował się jej rybą, błyskawicznie oprawia ją, waży, pakuje w gazetę i podaje klientowi.
Trwa to tak krótko, że klient nawet nie ma czasu zastanowić się czy odmówić. Towar jest już zważony, zapakowany i podany.
Znaczy - sprzedany.
Już się ściemnia, a ja cały czas stoję i przyglądam się pracującym kobietom.
Teraz rozumiem dlaczego taką właśnie scenę Klaudia wybrała na temat swojego obrazu po zeszłorocznym pobycie w Indiach, w tym hotelu, z tarasu którego można to wszystko obserwować.
Scena jest barwna nie tylko przez kolorowe sari kobiet i srebrzystość ryb.
Jest egzotyczna, ujmująca, fascynująca. Nie można oderwać wzroku.
Etykiety:
Andamany,
Indie,
kobiety z rybami,
Port Blair,
targ rybny.
owoce, gekony i dachy Port Blair
Co robić wieczorem, gdy wcześnie robi się ciemno, muzea już zamknięte, nie zdążyliśmy na spektakl „światło i dźwięk” w Cellular Jail, a kolację już zjedliśmy?
Wystarczy nieduży dach Twojego hotelu, kilka krzeseł, świece, ananas, kilka mango, nieduży nożyk i impreza gotowa.
Z dachu naszego hotelu położonego na wzgórzu mamy widok na meczet z białymi kopułami, a za nim światła miasta.
Koło nas terkocze pan gekon zalecający się do pani gekonicy; lepiej to słyszymy niż widzimy.
Zapachy niedawnych kolacji unoszą się jeszcze nad dachami.
Szczekanie psa, bolywoodzkie melodie dochodzące z pobliskiego telewizora, odległe klaksony z ulicy.
Typowe odgłosy wieczoru; gdy ktoś wraca do domu, ktoś inny kładzie dzieci spać, rodziny kończą dzień.
Siedzimy na dachu, a ja czuję się jakbym podsłuchiwała to miasto. Nasłuchuję jak wszystko dookoła wycisza się i powoli zasypia.
Tylko jakiś pies wygrzebuje resztki ryby ze sterty śmieci na ulicy, ktoś przechodzi pod naszym dachem i właśnie głośno się zaśmiał i…jakiś pan gekon nadal zaleca się do pani gekonicy.
Wystarczy nieduży dach Twojego hotelu, kilka krzeseł, świece, ananas, kilka mango, nieduży nożyk i impreza gotowa.
Z dachu naszego hotelu położonego na wzgórzu mamy widok na meczet z białymi kopułami, a za nim światła miasta.
Koło nas terkocze pan gekon zalecający się do pani gekonicy; lepiej to słyszymy niż widzimy.
Zapachy niedawnych kolacji unoszą się jeszcze nad dachami.
Szczekanie psa, bolywoodzkie melodie dochodzące z pobliskiego telewizora, odległe klaksony z ulicy.
Typowe odgłosy wieczoru; gdy ktoś wraca do domu, ktoś inny kładzie dzieci spać, rodziny kończą dzień.
Siedzimy na dachu, a ja czuję się jakbym podsłuchiwała to miasto. Nasłuchuję jak wszystko dookoła wycisza się i powoli zasypia.
Tylko jakiś pies wygrzebuje resztki ryby ze sterty śmieci na ulicy, ktoś przechodzi pod naszym dachem i właśnie głośno się zaśmiał i…jakiś pan gekon nadal zaleca się do pani gekonicy.
Etykiety:
Andamany,
Indie,
Monsoon Raja Hotel,
Port Blair
Subskrybuj:
Posty (Atom)