Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Havelock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Havelock. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 marca 2010

ostatni dzień na wyspie


Jest 6.30.
Wstałam i już zupełnie nie jestem śpiąca.
Siedzę na hamaku i patrzę w morze.
Jeszcze nie nabrało swojego głębokiego, turkusowego koloru. Na razie jest ledwo – ledwo błękitne.
Poziom wody taki jak wieczorem – im dalej od pełni księżyca, tym mniejsze ruchy wody w trakcie przypływów i odpływów.

Powierzchnia wody jest spokojna, bez większych fal, ale nie tak gładka jak wczoraj przed zachodem słońca gdy tafla wody była nieruchoma jak na jeziorze.

Słońce już świeci.
Jeszcze nie pełnią swojej mocy i pod takim kątem, że woda wydaje się jeszcze jaśniejsza.

Słyszę łódź.
Nie widzę jej pomiędzy palmami, ale słyszę terkotanie silnika. Podobna łódź za godzinę zabierze chłopaków na nurkowanie, podobną płynęliśmy wcześniej na snorkling.
To typowa łódź rybacka, przerobiona na turystyczną.
Z niewielkim daszkiem wygiętym w łuk na rusztowaniu z drewna i z małymi, twardymi, niewygodnymi ławkami.
Najbardziej charakterystyczną cechą łodzi jest silnik. Uruchamiany na korbę i głośno terkoczący. Słychać go z daleka, a jak siedzi się blisko to nie słychać nic.
Kilka dni temu płynąc łodzią bawiliśmy się w głuchy telefon. Piotrek siedział najbliżej silnika; miał najgłośniej i najbardziej zniekształcał zdania…

A więc siedzę w piżamie na hamaku, patrzę w morze, słucham terkotania łodzi i już żałuję, że jutro wyjeżdżamy.
Będę tęsknić, ale wiem jedno – na pewno tu wrócę!

wioska numer 2


Jak wyjedziesz z Jetty jedź na południe.
Zresztą, nie masz specjalnego wyboru – to jedyna droga prowadząca przez wyspę.
2-3 kilometry dalej zobaczysz rondo – jedyne na wyspie.
Tu musisz pamiętać o lewostronnym ruchu bo wierz mi jazda przez rondo od lewej do prawej nie jest naturalna.

Już jesteś w wiosce numer 2.
To najbardziej centralny punkt na wyspie.
Wioska numer 2 żyje takim rytmem jak reszta Indii; życie zamiera w porze obiadu i rozkwita o zachodzie słońca.
Wtedy ledwo można przejechać. Tłumy hindusów chodzą we wszystkie strony.
Wszystkie pojazdy trąbią.
Nie, nie – bez złości, że komuś zajechałeś drogę czy wszedłeś pod koła.
Klakson, to podstawowy dźwięk Indii.
To zwykły, informacyjny znak drogowy – tyle, że dźwiękowy.

Wioska numer 2 to także boisko do krykieta, jedyny guesthouse na wyspie i bankomat przed którym na stałe urzęduje strażnik bankowy.
Jednak najbardziej intrygującym miejscem jest świetlica. Tj. Piotrek mówi, że to świetlica, a ja myślę, że to najbardziej odpowiednia nazwa dla tego miejsca. Spory, wybetonowany plac, zadaszony i przystrojony kolorowymi proporczykami.
Bezpośrednio z placu jest wejście do świątyni.
To żadna imponująca budowla jakie zwiedzalimy w Indiach. Zwykłe kwadratowe, nieduże pomieszczenie, w którym hindusi modlą się i zostawiają dary.

Betonowa świetlica zmienia swoje przeznaczenia w miarę potrzeb.
Bywa targiem warzywnym.
W równych rzędach ustawiane są wtedy stragany z wszelkimi warzywami.

Bywa miejscem modłów.
Byliśmy świadkami wieloosobowej modlitwy połączonej ze śpiewem i tańcami; wystukiwaniem rytmu na bębenkach i muszlach.
Na święto zjechała do wioski niemal cała wyspa.
Ludzie modlili się, inni dopiero przychodzili z darami i w długiej kolejce czekali na swoją kolej do złożenia darów, jeszcze inni w wielkich kotłach gotowali ryż i sosy do tali, kobiety obierały góry ziemniaków, a dzieci podekscytowane biegały dookoła i prosily rodziców o kolorowe zabawki ze straganów.

Kilku młodych mężczyzn ustawiło się w kolejce do rzutów kulkami.
Gdy podeszliśmy, jeden z nich właśnie kłócił się z właścicielem budki z rzutkami.
Poszło o wygraną; rzucał przecież tak żeby wygrać telewizor, a wygrał grzebień (?) Krzyczał, że to zwykłe oszustwo… - i niech Cię szlag trafi! – złorzeczył.

Po modlitwie, świetlica przekształca się miejsce wspólnego spożywania posiłku.
Dziesiątki ludzi siedzi na betonie w rzędach.
Mają przed sobą tradycyjne tali; liść bananowy a na nim kupka ryżu i kilka mniejszych kupek sosów warzywnych do ryżu.
Pomiędzy rzędami przemykają kobiety z wielkimi wiadrami, z których dokładają ryż i sosy.
Ot, zwykly wspólny posiłek po wspólnej modlitwie.

jetty


Na wyspie są 2 centralne punkty. Zawsze zatłoczone. Pełne raczej hindusów niż turystów.
Pierwszy to Jetty – port, gdzie nie tylko przybijają promy z innych wysp, ale też łodzie wożące turystów na nurkowanie, jest tam też postój riksz i dżipów, restauracja sprzedająca idli, kilka sklepików, stragany, na których za 10 rupii można kupić kiść krótkich, słodkich bananów czy kokosy.

I wreszcie kasa biletowa na prom, przy której zawsze tłoczą się ludzie.
Na kasie od zeszłego roku wisi ta sama kartka: „ Internet not run, ticket booking not available”. I to z powodu tej kartki zamiast zarezerwować bilety wcześniej i przed wyjazdem przyjść z plecakiem na prom, od rana stoimy w kolejce do kasy.

Pod tą kartką wisi druga, z przed 4 lat. Informuje dumnie o wdrożeniu systemu komputerowego umożliwiającego wcześniejszą rezerwację biletów.

Stoję, w kolejce dla kobiet, patrzę jak w kolejce obok tłoczą się mężczyźni i myślę, że obie kartki to swoista historia tego miejsca.
Okienko obwieszone nieaktualnymi komunikatami, wyblakły plakat zrobiony z wycinków gazet, komunikujący, że oto w 2001 roku na Havelock – Andamany przypłynął i spędził urlop Johnny Depp, to archiwalia tego miejsca.
Kto by wiedział o wizycie celebryty czy o nowoczesnym systemie komputerowym gdyby nie te przeterminowane informacje?

Tymczasem kolejka wydłuża się przede mną. Widzę jak hinduscy mężczyźni kupujący bilety dla grup, wpuszczają się nawzajem bez kolejki.
Obie z Klaudią postanawiamy działać i rozpoczynamy szturm na okienko. Ja przyklejam się do okienka po prawej, Klaudia po lewej. Piotrek i Krzysiek ubezpieczają nas z tyłu. Oplatamy okienko tak szczelnie, że już nikt więcej nie wciśnie się.

Może niepotrzebnie się denerwujemy, że zabraknie biletów. Wiemy przecież, że jeśli tak by się stało wystarczy, że pokażemy bilety lotnicze na jutro, na dalszy odcinek drogi z Andamanów do Kalkuty.
Wtedy okaże się, że kolejnych 6 biletów dla nas i tak się znajdzie.
Nawiasem mówiąc ciekawe czy oznacza to, że na załadowały już prom ładuje się kolejnych kilka osób.
Może pod informacją o nośności promu w kilogramach i osobach wisi druga anulująca tę pierwszą i pozwalająca na wejście większej liczby osób?
To możliwe, ale wolę o tym nie myśleć przed przybiciem do brzegu.

środa, 3 marca 2010

uwaga, jadę!


Pierwszego dnia na Havelocku postanowiliśmy wypożyczyć skutery żeby swobodnie poruszać się po wyspie.
W rezultacie ja wypożyczyłam skuter, a chłopaki motory.

Pierwszy raz będę siedziała na skuterze i mam duże obawy; czy go utrzymam, czy utrzymam równowagę, w ogóle czy dam radę.
Najpierw mój przyszły skuter testuje Rajmund i wraca z informacją o słabo działających hamulcach.
Już się ucieszyłam, że nie działają (a to był jedyny skuter jaki widzę)
- Więc no cóż, trudno, nie pojeżdżę sobie.

Ale hamulce zostały wyregulowane i teraz jest ok.
– Masz i jedź – słyszę.

No to jadę.
Jestem skupiona na utrzymaniu równowagi, ale i tak widzę, że ludzie na poboczu machają do mnie rękami.
- On left ! On left! – słyszę.

Mogłam się tego spodziewać. Ruch lewostronny, a ja jadę sobie prawą stroną prosto na skuter jadący z przeciwka.
- Uff – minęłam go lewą. Muszę pamiętać, że tu jest ruch lewostronny.
Najlepiej jedzie się przez jedyne na wyspie rondo. Trudno sobie wyobrazić objeżdżanie ronda od lewej do prawej – trzeba tego doświadczyć.

Przy spisywaniu umowy wypożyczenia słyszę, że za wszystkie uszkodzenia odpowiadam sama do pełnej wysokości naprawy i takie tam….
I ledwo wsiadam na skuter po podpisaniu umowy, gdy wpadam na motor Krzyśka (dopiero po tym incydencie zauważam, że manetka gazu działa odwrotnie niż myślałam)

- It will be cost RS 500 – podbiega do mnie właściciel I ogląda uszkodzenia, których właściwie nie ma – uderzenie było bardzo delikatne, ale właściciel wzdycha i kiwa głową. - Yes, yes RS 500 – 700 extra.

Że też musiało się to stać na jego oczach!

Po 2-ch tygodniach i oddaniu skutera przed wyjazdem z wyspy placę 500 RS kary i umawiam się z wlacicielem na rabat za wypożyczenie skutera honda activia w przyszlym roku. No, muszę tu wrócić żeby skorzystać z rabatu!

kraby lubią chapati


Pod wieczór gdy nadciąga przypływ, na brzegu morza zaczyna się ruch.
Najlepiej spojrzeć kątem oka, a można zobaczyć, że brzeg morza aż chodzi.

Są pasy szybkiego ruchu, gdzie kraby pustelniki przemieszczają się szybko ciągnąc na grzbietach swoje dobrze dopasowane domki – muszelki.
A są też pasy ruchu dla krabików powolnych.
Niektóre są powolne, po porwały się na za duże i za ciężkie muszle.

O właśnie mijając pustą muszlę na swojej drodze, krab wyszedł z dużej muszli i przymierza nową.
Nic z tego, za mała – krabik wciska odwłok z powrotem do starej muszli i z wysiłkiem ciągnie ją dalej i dalej od morza.

Jeden z krabów przeciąga swoją muszlę przez ręcznik, na którym siedzi Klaudia i je chapati z sosem.
Urywa kawałek placka i podsuwa go krabikowi.
Ten, niemal nie zwalniając łapie szczypcem placek i wędruje dalej.
Teraz najważniejsze uciec przed przypływem. Zje sobie później.

psie rewiry


Idąc plażą wzdłuż brzegu co kilka metrów trafia się na sforę psów wylegujących się w cieniu.
Mijamy właśnie 2 beżowe, 1 brązowego i czarno-białą sunię.

Wszystkie psy na Havelocku (właściwie wszystkie indyjskie psy) są do siebie podobne. Smukłe, średnio duże z wydłużonym pyskiem. Wyglądają jakby były jedną rasą. Różnią się tylko kolorem sierści.
Wszystkie też są niezwykle spokojne, łagodne i przyjazne.
Podchodzą do spacerujących, czasem kładą się obok.
Pewnie liczą na jakiś przysmak, ale nie są nachalne. Jak nie dostaną, spokojnie leżą dalej.
Żeby odeszły wystarczy klasnąć.
Wtedy wstaną, odejdą i położą się dalej.
Nie warczą, nie szczerzą zębów. Nie chcesz żeby były blisko – to nie. Na wyspie starczy miejsca dla każdego.

Któregoś dnia przybłąkał się do nas na spacerze szczeniak.
Bawił się z nami, zaczepiał i szedł dalej.
W zabawie trochę się zapomniał i wszedł w rewir obcej sfory.
Zobaczyła to matka i przybiegła z trzema kuzynami. Ona odciągnęła małego na stronę swojego rewiru, w tym czasie kuzyni groźnie mierzyli się wzrokiem z obcymi psami.
Gdy mały był bezpieczny, także kuzyni wycofali się do swojego rewiru.

Innym razem, na plaży przysiadł się dorosły, beżowy pies.
Wyglądało na to, że jest przywódcą stada, bo miał wyraźne poważanie innych psów.
Położył się obok nas i nawet nie wiem jak do tego doszło, że został zakopany w piasku. Wystawał mu tylko łeb.
Klaudia i Krzyś przysypywali go piachem, a on przeciągał się z zadowoleniem pod chłodną warstwą piachu.
Nagle zerwał się, otrzepał i pobiegł w jakiejś ważnej sprawie do lasu.
Po kilku minutach wrócił, ułożył się dokładnie w poprzednim miejscu i zerkał na Krzyśka.
Wyraźnie czekał na zakopanie w piachu.

sobota, 13 lutego 2010

havelock - życie na wyspie


Życie na wyspie to symbioza 2-ch grup; stałych mieszkańców i turystów,
(którzy dostają pozwolenie na pobyt, maksymalnie na miesiąc).
Hindusi bardzo pilnują żeby turyści nie zostawali dłużej chociaż
oczywiście możliwe jest przedłużenie pobytu jak ktoś bardzo chce.
(Słyszałam, że w Indiach wszystko jest możliwe:)

Stali mieszkańcy (stali - nie rdzennymi, bo to też ludność
napływowa) żyją tu sobie spokojnie i raczej dostatnio.
Choć wyspa nie jest duża, to jest tu 7 mini-wiosek i przynajmniej 5
szkół. Jeśliby zebrać wszystkie dzieci z wyspy w jednym miejscu, to
pewnie nie zapełniłyby nawet jednej średniej polskiej szkoły.
A tu, każda szkoła działa osobno, ma swoja kolorystykę, swoje własne mundurki.
Jadąc przez wyspę można spotkać grupki dzieciaków w różnych mundurkach
i z tornistrami na plecach.
Szkolnictwo w Indiach, mundurki, sposób nauczania, stosunek Hindusów do edukacji to pozytywna pozostałość po okresie kolonialnym.

Stali mieszkańcy w dużej części żyją z turystów. W sezonie obsługują w
barach, barkach i sklepikach przyjezdnych z całego świata, a potem
maja wakacje.
W porze monsunowej odpoczywają i ewentualnie zajmują się sprzedażą
płodów rolnych, które wyprodukowali (bananów i kokosów) lub po prostu na resztę roku wracają do swojego Kaszmiru czy Bombaju.

Życiem turystów rządzą natomiast wschody i zachody słońca.
Wstajemy tu znacznie wcześniej niż zwykle i kładziemy się niespotykanie wcześniej.
U nas powiedzielibyśmy ze kładziemy się z kurami.

Juz o 6 zapada zmrok. Staramy się przed zmrokiem wyruszyć do domu, żeby nie wracać po ciemku przez dżunglę.
Dżungla po zachodzie słońca...
Nie, dziękuję.