sobota, 13 lutego 2010

kuchnia - czyli czyste radosci mojego życia


Śniadanie - 3,90 zl.
Lunch - banany lub kokosy
Kolacja - 6-10 od osoby razem z napojami.
No, może jeszcze wieczorem piwo w barze, którego w zeszłym roku
jeszcze nie było, na skraju dżungli, gdzie siedzimy na wysokości liści
palmowych, a przed wejściem zdejmujemy buty.

Moje ulubione kolacje, to zdecydowanie Tomato Soup. Próbowałam tej
zupy chyba we wszystkich barach, w których byliśmy. Mogę ją jeść o każdej porze, na każdy posiłek.
Zawsze bardzo świeża, robiona z aromatycznych pomidorów, najlepsza z
dodatkiem kolendry, w barze u Amita nazwanym World Class Restaurant(:)

Amit to ciekawy przypadek; nigdy nie zdradzi, że nie ma któregoś z
produktów do dań, które zamówiliśmy. Zamiast mówić: - Nie ma! - wsiada
po prostu na rower i jedzie na targ.

Raz pojechał po pomidory do mojej zupy, innym razem przywiózł owoce do bananowego lassi zamówionego przez Krzysia.
Nie musze chyba dodawać, ze za każdym razem czekanie liczymy w godzinach.
Warto jednak było czekać na Piotrka Paneer Butter Masala czy moją Veg
Masala z fasolą i ziemniakami.

Niczego sobie była także Shakshuka u Anglika, a Klaudia zajadała się
Idli z Sambar i Coconoot Chatney kupowanym na wynos w porcie i
jedzonym na plaży.
Czy też Tali - jej ulubionym hinduskim daniem pełnym rożności do ryżu.

Tak w całych Indiach, jak i na Havelocku jedzenie to bardzo ważna część życia.
Można je kupić wszędzie; w barach, w restauracjach i na każdym rogu ulicy.
Świetny był narożny barek w Port Blair, gdzie co przechodziłam to
obserwowałam pojawianie się i znikanie kolejnych porcji jedzenia.
I choć panował upal, a jedzenie było wystawione wprost na ulicy, to
żadna porcja nie leżała wystarczająco długo żeby się znieświeżyć
czy zakurzyć.

havelock - życie na wyspie


Życie na wyspie to symbioza 2-ch grup; stałych mieszkańców i turystów,
(którzy dostają pozwolenie na pobyt, maksymalnie na miesiąc).
Hindusi bardzo pilnują żeby turyści nie zostawali dłużej chociaż
oczywiście możliwe jest przedłużenie pobytu jak ktoś bardzo chce.
(Słyszałam, że w Indiach wszystko jest możliwe:)

Stali mieszkańcy (stali - nie rdzennymi, bo to też ludność
napływowa) żyją tu sobie spokojnie i raczej dostatnio.
Choć wyspa nie jest duża, to jest tu 7 mini-wiosek i przynajmniej 5
szkół. Jeśliby zebrać wszystkie dzieci z wyspy w jednym miejscu, to
pewnie nie zapełniłyby nawet jednej średniej polskiej szkoły.
A tu, każda szkoła działa osobno, ma swoja kolorystykę, swoje własne mundurki.
Jadąc przez wyspę można spotkać grupki dzieciaków w różnych mundurkach
i z tornistrami na plecach.
Szkolnictwo w Indiach, mundurki, sposób nauczania, stosunek Hindusów do edukacji to pozytywna pozostałość po okresie kolonialnym.

Stali mieszkańcy w dużej części żyją z turystów. W sezonie obsługują w
barach, barkach i sklepikach przyjezdnych z całego świata, a potem
maja wakacje.
W porze monsunowej odpoczywają i ewentualnie zajmują się sprzedażą
płodów rolnych, które wyprodukowali (bananów i kokosów) lub po prostu na resztę roku wracają do swojego Kaszmiru czy Bombaju.

Życiem turystów rządzą natomiast wschody i zachody słońca.
Wstajemy tu znacznie wcześniej niż zwykle i kładziemy się niespotykanie wcześniej.
U nas powiedzielibyśmy ze kładziemy się z kurami.

Juz o 6 zapada zmrok. Staramy się przed zmrokiem wyruszyć do domu, żeby nie wracać po ciemku przez dżunglę.
Dżungla po zachodzie słońca...
Nie, dziękuję.

niedziela, 7 lutego 2010

gagan restaurant czyli wszyscy jestesmy na wakacjach


Staramy się chodzić do takich restauracji gdzie masowo chodzą Hindusi
z rodzinami.
Nie jest to łatwe, bo z reguły są to miejsca, do których lubią też
wpadać karaczany.
Jeden taki, wielki jak kciuk chodzi właśnie po ścianie
Ja w panice pokazuję na niego, on wtedy zrywa się i leci w moim kierunku, ja
zaczynam krzyczeć i podskakiwać. Siedzący przy stolikach z
zaciekawieniem patrzą na mnie.
No tak, to kraj karaluchów. Nawet jak ich nie ma w domu, to wlecą przez
okno i juz są.
To tak jakby histeryzować na widok muchy.

Ale jedzenie jest wyśmienite. Wrócimy tu na śniadanie. Rozmawiamy o
tym gdy tymczasem Rajmund fotografuje małą dziewczynkę przy stole
obok.
Właściwie 'na' a nie 'przy'.
Dziewczynka siedzi na stole i wyjada palcami jedzenie z talerzy rodziców i rodzeństwa.
Do zdjęć przyłącza się Piotrek. Potem dumny tata Hindus bierze małą na
ręce i podchodzi do każdego z nas, aby córka podała każdemu rączkę.
Dziewczynka przywitała się wiec z Anią, z Rajmundem, ze mną.
Stop - Hindus cofa się gdy widzi że Klosia podaje malej lewa rękę. I
znów przysuwa córeczkę gdy Klaudia wyciąga prawą.
Prawa ręka służy do witania i jedzenia. Lewa jest nieczysta.
Niesamowite, jak sprawnie Hindusi jedzą tylko prawą ręką.
Lewą wyraźnie odsuwają od talerza, kładą na kolanach lub trzymają się za pasek, podczas
gdy prawą, sprawnie przebierając palcami mieszają ryż lub co jeszcze trudniejsze, odrywają kawałek placka (mały palec przytrzymuje główną część placka, a trzy pierwsze chwytają kawałek do oderwania.
Takie jedzenie placka, maczanie go w sosie i nie przytrzymywanie niczego
lewą ręką wymaga równej sprawności jak jedzenie pałeczkami czy sztućcami.
Wiem, bo próbuję odkąd tu jestem i wychodzi mi to tak sobie - w rezultacie jem placki obiema rekami.
Rodzina obok wychodzi. Przystaje kolo nas. Jeszcze chwile rozmawiamy.
Są na wakacjach dwiema rodzinami.
My też.
Ojciec Hindus przedstawia nam swojego starszego syna - Rajmund
przedstawia Krzyśka.
Hindus przedstawia żonę - Piotrek mnie.
Potem zaczyna się cala rundka. To moja córka - mówi Piotrek pokazując na Klaudię.
My jesteśmy w podroży poślubnej - chwali się Krzysiek.
Hindus pokazuje na Anię
- To moja córka - mówi Rajmund
- Moja siostra - dodaje Krzysiek.
No tak, my te z jesteśmy na wakacjach 2-ma rodzinami, a właściwie 3-ma
licząc osobno Klosię i Krzysia.
Hindus wychodzi, rodzina za nim, na końcu przemyka kolo filara młoda dziewczyna.
Córka, synowa? Ojciec nie przedstawił jej.

wtorek, 2 lutego 2010

karman


Hindusi uważają, że czyn nie kończy się gdy ustaje działanie.
Trwa dalej i przenosi się na jego efekty.
Działanie wraz ze skutkami tego działania nazywają krótko “karman”.
Niby też tak myślimy, wiemy ze działania maja swoje następstwa,
rozpoznajemy związki przyczynowo-skutkowe, jednak to nie to samo.
Nie mamy jak Hindusi osobnego słowa na określanie zarówno działania
jak i jego następstw.
Byś może to inne postrzeganie świata powoduje, że Hindusi akceptują
swój los, godzą się z nim, wierzą ze to co im przynosi karma w
kolejnym wcieleniu jest skutkiem dzialań ich samych, ale też innych we
wcześniejszych wcieleniach. I nie należy wpływać na zmianę porządku
rzeczy (darma).
I wszystko jedno czy to darma czy karman.
Ważne, że gdy sprzedawca w punkcie Telco powiedział, że do kupienia karty telefonicznej potrzebny jest nam adres kogoś na stale mieszkającego w Indiach, podaliśmy mu kartkę z dokładnym adresem kioskarza.
…Ze Chennay, że Troplicane High Road, że kiosk na rogu i stan, i prowincja.
Mogliśmy podać ten adres, bo wcześniej doświadczyliśmy przypadkowego spotkania z kioskarzem; to był karman.

zdjecia miasta

Od rana chodzimy po Madrasie i pstrykamy zdjęcia. To znaczy ja
pstrykam, a Piotrek niesie torbę na aparat I ogląda na żywo to, co ja
widzę w obiektywie.
Sama ulica to sprzedawcy, ludzie śpiący tuz przy jezdni, zawinięci w
derki lub nawet nie, dzieci bawiące się, matki myjące lub karmiące
gole niemowlaki wprost na chodniku.
Psy śpią zwinięte w kłąb albo chodzą pomiędzy przechodniami. Czasem gdy przechodzimy, pies podnosi łeb, jakby wyczuwał nasz inny zapach.
Ulica to hałas, klaksony ze wszystkich stron. Nie wiem jak śpiący na ulicy mogą
spać w tym hałasie, z głowami tuz przy nadjeżdżających rikszach I
chodzących im nad głowami ludziach.
Ale śpią!

Skręcamy w boczna ulice I od razu wchodzimy na bazar. Pstrykam
kolejne zdjęcia i dobrze, bo gdybym zobaczyła to wszystko na żywo to
jak nic by mnie zemdliło.
To bazar mięsny.
Na hakach kozy, głowy kóz I łapy kozie.
Rozebranego mięsa chyba tu nawet nie ma. Wszystko co tutaj sprzedają bardzo niedawno było jeszcze biegającą koza czy kurczakiem. I nie da się o tym nie myśleć widząc na
ladzie 4 łapy i łeb.
Wracamy na ulice – uff, co za ulga!
Szczególnie dla nosa.
Przy hotelu, Piotrek bierze ode mnie aparat żeby pstryka kioskarza w swoim
kiosku na rogu.
Spodobało mu się ( tj. i Piotrkowi i kioskarzowi).
Następne zdjęcia to różne pozy i układy; kioskarz i jego kiosk, kioskarz i przyjaciel, kioskarz, kiosk i przyjaciel...
Po każdym zdjęciu następuje oglądanie. Pokazują je sobie, zaśmiewają się, a ja
czekam.
- Dir friend, plis sent mi 1 foto
- Ok – odpowiada Piotrek I mówi ze zdjęcia będzie można obejrzeć na blogu.

No ale kioskarz nie ma Internetu, jego przyjaciel tez nie i następuje długa narada jak przesłać zdjęcia.
Ja nadal czekam.
- Sent mi 2 foto on maj adres, hir – kioskarz pokazuje na swoja budkę.
Teraz zaczynają spisywać adres; że Chennay, ze Tripllicane Hish Road,
że kiosk na rogu i jeszcze stan i prowincja. Nie może nie dojść.

- Friend, 3 fotos sent mi hir – kończy kioskarz i podaje Piotrkowi rękę.
Uff, wreszcie. Wracamy do hotelu z całą masą zdjęć, adresem kioskarza i zamówieniem na 3 odbitki. Stanęło na trzech, ale jakby jeszcze chwilę pogadać…

telefonia komórkowa

Tak czy inaczej przepisy są takie, że jak chcesz kupić kartę telefoniczną (mam na myli prepaidową kartę telefoniczną), to musisz mieć: kopię paszportu, 1 zdjęcie i informację gdzie mieszkasz w Indiach.
Wiemy o tym, mamy to wszystko, wiec pewnie wchodzimy do punktu telco i prosimy o kartę.
Sprzedawca wymienia potrzebne dokumenty.
Mamy, mamy! – wykrzykujemy i podajemy kopie paszportu, 1 zdjęcie i wizytówkę z hotelu Himalaya, w którym mieszkamy w Chennai (w hotelu zapewniali, że wizytówka wystarczy)
Nie wystarczyła.
Mamy wrócić do hotelu i wziąć zaświadczenie, że tam mieszkamy.
Wracamy więc do hotelu.
W hotelu recepcjonista rozkłada ręce: - “Ofice klosed “
No tak, jest niedziela.
Ale zapewnia, że wizytówka wystarczy i namawia żebyśmy się przy tym upierali.
Idziemy więc ponownie do punktu telco.
- Takie są przepisy – powtarza sprzedawca widząc tą samą wizytówkę . – Nic na to nie poradzę.
- Ale…. – I tu radośnie oddaje nam wizytówkę – to nie musi być zaświadczenie, to może być ta sama wizytówka z wpisanym nazwiskiem i numerem pokoju.
- I stemplem hotelu! – wybiega krzycząc za nami.

Wracamy do hotelu.
- Nie ma stempla. Zamknięty w biurze, a biuro nieczynne z powodu niedzieli.
- Ale przyjdźcie jutro!
Jutro to my juz jedziemy dalej.
Preparujemy wiec dokument na wizytówce I wracamy do punktu Telco. Może wystarczy.
Nie wystarczyło.
Sprzedawca ze smutkiem informuje nas, ze dokumenty są OK, ale brakuje nam jeszcze osoby polecającej. Kogoś znajomego, kto na stale mieszka w Indiach.
- Przecież my jesteśmy turystami – tłumaczymy – Nie znamy tu nikogo!
- Przykro mi, nie mogę Wam sprzedać karty telefonicznej - Sprzedawca oddaje nam dokumenty – Takie są przepisy.